Światy bliskie, światy dalekie

Światy bliskie, światy dalekie

Z tego co Dukaj napisał (wydał ) znam już raczej wszystko. Zbiór opowiadań W KRAJU NIEWIERNYCH jakoś mi się zapodział i czytałem go dopiero teraz.

Jeśli ktoś nie znał jego twórczości, na początek zawsze polecałem zaciekawionym LÓD.

Bo chociaż ma ponad 1000 stron to jest najmniej udziwniony i najprostszy w odbiorze.

Ale teraz zmieniłem zdanie. W tym przypadku naukę pływania lepiej zacząć od skoku na głęboką wodę.

Tom W KRAJU NIEWIERNYCH połączył osiem opowiadań. Między innymi KATEDRĘ, od której zaczęła się popularność pisarza. Wcześniej czytałem ją chyba trzy, albo cztery razy. Ale nie miałem z tego dotychczas takiej satysfakcji jak teraz. Nie czułem tak jasno fabuły, tak wyraźnie nie widziałem ścieżki, po której poruszał się autor.

A pozostałe teksty? Kiedy już wydaje się, że możemy w miarę swobodnie poruszać się po świecie stworzonym przez pisarza opowiadanie się kończy, a nowe nie daje szans na podtrzymanie schematów. Już mówi innym językiem, innymi wartościami – i wszystkiego trzeba uczyć się od zera. Jak to zwykle u Dukaja…

Lubię przedzierać się przez myśl autora. Lubię starać się zrozumieć. Lubię odnajdywać w tych światach i historiach to co znam z codzienności.

Do wspomnianych opowiadań (i wszystkich innych książek Dukaja) mam tylko jeden podstawowy zarzut. Są cieńsze od LODU. Wielka szkoda…

Reklamy

Sny pod specjalnym nadzorem

Sny pod specjalnym nadzorem

Przed zaśnięciem włączam Trójkę. W nocy najczęściej jest tam czas na autorskie audycje muzyczne. Style i kapele wyraźnie odstają od dźwięków słyszanych za dnia. Nie ma hałasu. Utwory mogą trwać po 10 i więcej minut. I o to chodzi. Taka muza gwarantuje (mi) ciekawe sny. Często pamiętam je jeszcze po przebudzeniu. Kolorowe, jak zawsze pogmatwane, czasem zaskakujące. Jeśli nie trafią się „gadające głowy” budzi mnie dopiero „Trójkowy budzik”o 4. nad ranem. Wtedy mogę wyłączyć sprzęt i jeszcze trochę pospać „na luzie”, dopóki pies o 6. nie stwierdzi, że już mi wystarczy.

POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM są jak sen. Ze swoim nadrealizmem opisującym szczegóły rzeczywistości językiem emocji, erotycznym napięciem, przedziwnymi skojarzeniami i obserwacjami głównego bohatera. Czy to co się dzieje bohater przeżywa naprawdę, czy tylko mu się to śni?

Odkładałem moment lektury, bo film widziany dawno, dawno temu nie wzbudził mojego entuzjazmu. Teraz, kiedy mam książkę za sobą, wydaje mi się, że to najlepszy tekst Hrabala jaki miałem w ręku.

Kiedy kobieta kocha

Kiedy kobieta kocha

Osiem kobiecych historii miłosnych, pisanych przez autora w pośpiechu i trochę potajemnie. W efekcie powstały opowiadania bardzo proste. Ale dobro, które w nich widać nie jest ani nachalne, ani prostackie. Jak zawsze u Schmitta opisane/wymyślone zdarzenia naturalnie otwierają się na wszystko co tkwi w człowieku. Jak zawsze też autor jest bezgranicznie tolerancyjny dla ludzkiej natury. Niczemu się dziwi. Wszędzie widzi jasne punkty. Nigdy nie traci nadziei. Chociaż jest to ten sam świat co za oknem, co w sensacyjnych newsach dziennika – w oczach Schmitta jest to dużo lepszy świat. To niesamowity dar tak patrzeć na ludzi.

Na drugim biegunie książka – terapia, książka – spowiedź. Wiadomo co było przyczyną jej powstania i jaki jest temat wiodący. Historia uczucia i lęku opisana została rozumowo, językiem reportera. A przez to w sposób zrozumiały dla facetów. Krok po kroku wyłaniał się ze stron obraz emocjonalnego potwora, który niszczy i paraliżuje od wewnątrz, który powoduje robienie tylu głupich (w oczach mężczyzn) rzeczy. Jednak w treści znalazłem dużo więcej. Z ułamków zdarzeń, słów, niedopowiedzeń tworzy się obraz znacznie szerszy. Nie tylko: Jak żyć z mężczyzną, którego życie koncentruje się na cudzych wojnach? Także: Jak żyć z kobietą, która zapomina, że ma dzieci albo milcząc przesiaduje przed wyciszonym telewizorem?

Piękne tematy. Zwłaszcza teraz kiedy przestaliśmy naprawiać zepsute rzeczy. Zamiast tego bez chwili wahania wymieniamy je na nowe.

Ten rodzaj lata wydaje mi się trochę niefortunny

Ten rodzaj lata wydaje mi się trochę niefortunny

W Krokowych Warach nic się nie dzieje.

Albo przeciwnie.

Dzieje się mnóstwo, ale tak jakby nie działo się nic.

Czy to chwila z życia sennego miasteczka, czy grecka tragedia?

Bo najprostsza opinia w ustach bohaterów powieści zmienia się w uwznioślającą tyradę.

A wszystko w starannych rozdziałach wielkości akapitu.

Żart, humoreska czy Wielka Literatura?

Niczego nie można być pewnym.

Ten rodzaj lata zdarza się chyba tylko w Czechach…

„Kiedyż znowu usłyszę o szlachetnych cierpieniach duchowych, kiedyż doczytam się, że ktoś turbuje się z sobą samym? Kiedyż literatura piękna wyjdzie poza burdy i burdele? Kiedy zarzuci śpiewanki i niskie powszednie tematy. (…)

No – rzekł major – podniośle i pięknie można umrzeć tylko na polu bitewnym, z poetów są jednak źli żołnierze.”

Znowu!

Znowu!

Długi czas uważałem, że Amelie Nothomb to jedynie pseudonim literacki, a tak naprawdę te historie pisze mężczyzna. Malutkie książeczki firmowane tym nazwiskiem są literaturą niepokojącą. Naturalistyczna forma opisu kłóci się ze standardami życia społecznego i może po prostu razić. Na pewno uwiera czytelnika, a przynajmniej jest momentami mocno dla niego niewygodna. Jednocześnie nie jest to prostacka stylizacja stworzona dla potrzeb szokowania i zwrócenia uwagi. Do tego treść całej historii za każdym razem uproszczona jest tak, że idea prawdopodobieństwa nagina się do granic wytrzymałości.

Obojętnie, który tytuł tej autorki miałem przed sobą, zawsze podczas lektury wzrastało zdziwienie, oburzenie, niesmak (?). Jednocześnie nie mogłem skwitować tego określeniem „prowokacja” – bo natykałem się raczej na wejście w jakieś pierwotne instynkty, których prawdziwości trudno zaprzeczyć. Moja medalowa trójka od pani AN to na razie: TAK WYSZŁO, RTĘĆ i KRASOMÓWCA.

Sięgając po DZIENNIK JASKÓŁKI wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Przynajmniej tak mi się wydawało. Skromne kilkadziesiąt stron i znane formy językowe nie zaskoczyły. Za to idea, pomysł i treść – jak najbardziej. Znowu!

Piękni i bestia

Piękni i bestia

„T” to w najbardziej ogólnym sensie rozprawa nie tyle z pisarstwem, ale współczesnym przemysłem literackim. Ale koniecznie trzeba dodać, że książek Pielewina nie można streścić. Zawsze będzie to tylko prześlizgnięcie się po jednym, wybranym wątku całej, bogatej treści. To nie są historie z podwójnym dnem. To wielopoziomowe platformy nieograniczone ani czasem, ani przestrzenią gdzie mieszają się ze sobą mitologie, religie, legendy, historia i teraźniejszość. I w tym tyglu powstaje nowa jakość. Zaskakującą i wyjątkową.

Pielewin to bestia. Literacki potwór, który nie ma litości nad światem i społeczeństwem, w którym żyje. I nie chodzi tu wyłącznie o rzeczywistość człowieka postradzieckiego. Nie ma też litości nad… czytelnikiem. Nie przymila się, nie kokietuje. Bawi się z nim w grę, do której sam wymyślił zasady. Ale jeśli już się śmiejemy to tak jak w „Rewizorze” – z siebie samych się śmiejemy.

Patrząc na jedno i to samo zdjęcie autora, które ukazuje się na okładce każdej jego nowej książki widzę człowieka inteligentnego i… samotnego. Kogoś kto pisze jakby tylko dla siebie, bo po zachowaniu krytyków swojej twórczości ma odrobinę złośliwej satysfakcji, że ci odbiorcy okazali się zbyt mało inteligentni na ogarnięcie tego co przeczytali.

Z jednej strony historia „T” jest stworzona specjalnie dla nich. Straszna to zemsta. Z drugiej jest adresowana do CZYTELNIKA. Bo podczas lektury (każdej) naszą władzę można porównać do mocy Stwórcy. Nieprawdopodobny prezent dla czytających. Można go zmarnować. Ale bycie wszechmocnym da się też pogodzić z pięknem.

Jest w tej książce także coś nowego. Coś czego nie spotkałem u Pielewina wcześniej. W jego dłuższych powieściach (np. MAŁY PALEC BUDDY, EMPIRE V) zawsze trafiałem na smutny fragment z głęboką tęsknotą za światem dobrym i czystym. „T” to pierwsza historia gdzie optymizm narasta nieustannie do samego końca powieści.

Czy mówiłem już, że lektura jego książek zawsze przynosi mi radość i emocje, które widać w wypiekach na twarzy?

No i nie wiem

No i nie wiem

Początkowo książka przypominała ŚMIERĆ PIĘKNYCH SAREN i jakoś trudno było mi przebrnąć przez klimaty oscylujące nieco wokół czeskiego humoru, za to umiejscowione w Indiach. Jednak z kolejnymi krótkim rozdziałami – gdzie historia przechodzi w swój główny wątek – było coraz lepiej.

I tu jest pewien problem. Istotny. Historia jest nieprawdopodobna. Do tego zawiera dwa zdarzenia, które jeszcze bardziej przenoszą czytającego w jakiś całkowicie nierealny świat. Z kolei całe mnóstwo szczegółów jest tak precyzyjnie celnych, dokładnych, realnych – zarówno w sferze „fizycznej”, jak i duchowej. Książek, historii, filmów o rozbitkach znamy mnóstwo. Jesteśmy w stanie przewidzieć co się może zdarzyć, jak zachowa się bohater. Tu podawane szczegóły „psują” ten „rozbitkowy kanon”. Za to doskonale pasują do realności.  Na dodatek moja (i nie tylko moja) niewiara otrzymuje na koniec wersję alternatywą całego dramatu.

Cieszę się, że przeczytałem ŻYCIE Pi. Tylko nadal nie wiem co o tym wszystkim sądzić.

Czy to historia o człowieku nieprawdopodobnie otwartym, czy wręcz przeciwnie – o kimś na zawsze i na głucho zamkniętym w sobie po traumatycznych przejściach. I czy to świetne, absorbujące dzieło literackie, czy przeciwnie. I największą gwiazdą jest tu nie autor, tylko opisywany człowiek.

PS. Zaraz po skończeniu lektury obejrzałem film. Raczej niepotrzebnie. Reżyser nie do końca wiedział, które myśli książki chce przekazać – więc na wszelki wypadek wymieszał wszystko i dodał coś od siebie. Aktor w roli głównego bohatera nie wiedział jak wyrazić to co wymyślił reżyser, więc głównie dramatycznie krzyczał. Budżet na efekty specjalne także okazał się ostateczne za niski.