Chirurg, a nie pediatra

Chirurg, a nie pediatra

Ta fantazja jest bardzo prawdziwa. Wolę napisać tak, choć spotkałem opinie, że to powieść historyczna.

Jest brud, wszy, bezsensowne okrucieństwo i głupie śmierci. I głupota ludzka, którą zawsze i wszędzie każdy wykorzystuje. Sama akcja jest zaprzeczeniem filmowej fabuły. Los bohatera jest przypadkowy. Sam podejmuje decyzje, ale nie wie ani po co, ani dlaczego? Nie wie dokąd idzie. Nie myśli o jutrze. Zresztą nie on jeden. To taki świat. Odrażający, brudny, prymitywny i zły. A między tym nieustannym upodleniem – opisy przyrody, które mógłby pokazać w obrazach tylko ktoś z talentem równym Allanowi Starskiemu. Ale nie jest to materiał na hollywodzki western.

Nie chce się myśleć, że taki czas i świat istniał naprawdę. Może dlatego autor wprowadził postać (sędzia Holden), która swoją doskonałością w złu przypomina bardziej szatana niż człowieka i „usprawiedliwia” czytelnikowi piekło w jakim McCarthy postawił swoich bohaterów. Ale to tylko jedna z możliwych interpretacji, bo cała powieść może być tylko przyglądaniem się ZŁU w najczystszej postaci, które wszędzie jest takie samo. I w obozach Oświęcimia i w „Okropnościach wojny” Goi.

Efekt? Znakomita książka! I ogromny kontrast w stosunku do DROGI, którą oceniłem bardzo nisko. Cóż. Nie na darmo McCarthy doceniany jest jako jeden z najlepszych współczesnych amerykańskich pisarzy. Ale zdecydowanie jego specjalnością jest chirurgia, nie pediatria.

Koncept z kalendarza

Koncept z kalendarza

Najpierw przyjazna ręka bibliofilki przemyciła pozycję w stosie pożyczanych mi książek. Potem wzrok innej bibliofilki wyraził dogłębne zdziwienie, że TAKA pozycja leży na moim stole.

– Ostatecznie wszystko to rzecz gustu – pomyślałem. Warto mieć SWOJE zdanie.

Lektura nie zachwyca. Jest prymitywnie w treści i bardzo naiwnie w języku. Za takie opowiadanie w ogólniaku na pewno piątka (szóstek za moich czasów nie było). Ale żeby od razu książka? To zdaje się pisarz, nie marketingowy twór wydawnictwa. I do tego te „ochy” i „achy” znalezione w internecie na temat książek Carrolla. Czyżby PR zamiast ocen prawdziwych czytelników?

Zaprzyjaźniona nastolatka stwierdziła, że dobre książki powinny się dobrze czytać każdemu. Prawda! Można pisać o niczym, ale zachwycającym językiem. Można zaczarować w słowach zwykłe sprawy i zdarzenia. Można obudować poprawnymi zdaniami świetny pomysł. Efekt będzie tak czy inaczej dobry lub bardzo dobry.

Ale coś takiego!

Uwaga spoiler! – prawnik zafascynowany rusztowaniem w budynku na przeciw znika z domu i staje się gołębiem. Albo inne – kawalerskie i panieńskie tajemnice szczęśliwego małżeństwa wypisujące się na prześcieradle ich wspólnego łóżka.

No to są historie w sam raz do gazety codziennej na literę F. Już gotowe.

W starej „Fantastyce” były kiedyś drukowane mini opowiadania. Gatunek miał nawet swoją nazwę. Nie pamiętam jej (sklerozo daj żyć). Za to na pewno kluczem do nich był pomysł. Błyskotliwa myśl obudowana niewielką liczbę zdań. Takie małe zaskakujące perełki.

A tu mam coś, czego nie warto nawet oceniać. Eufemistycznie mógłbym powiedzieć za „Żoną modną” Krasickiego, że to zbiór „konceptów z kalendarza”. Ale można też dosadniej, że to kiepska realizacja pomysłów ZDW.

Czas

Czas

Od komentarzy i recenzji książki, dzieła, arcydzieła, super powieści (niepotrzebne skreślić) roi się w internecie i podręcznikach literatury.

Onegdaj rozpisałem się trochę na temat JÓZEFA I JEGO BRACI i sporo z tego mógłbym powtórzyć tutaj: https://cyganblog.wordpress.com/2015/11/28/ludzie-juz-tak-nie-mowia/

Ponownie to, co zachwycało tam – czyli wspaniała, rozłożysta i panoramiczna narracja – wróciło dostarczając podobnych łagodnych, ale wyrazistych emocji. Ja po prostu lubię rytm, w jakim Mann snuje swoje rozważania. Lubię spokój, który zwalnia od usilnej i nieustannej interpretacji wydarzeń, postaci, ich dialogów i opisywanych zjawisk. Daje odpocząć od nieustannego śledzenia faktów i rozwijającej się intrygi. Za to swobodnie pozwala skupiać się na każdym zdaniu i scenie.

Może dzieje się tak dlatego, że dla mnie bohaterem CZARODZIEJSKIEJ GÓRY jest nie kto inny, tylko sam Czas. Jak zawsze w życiu ludzkim – wyjątkowy oryginał. Zachwycająca bezradność postaci w zderzeniu z Czasem. Konfrontacja, której nikt z pojawiających się w książce nie może uniknąć. Zresztą nie tylko w książce. I to jest właśnie najpiękniejsze.

Przysmak

Przysmak

Czytanie tej samej książki w odstępie kilkunastu lat mogę porównać do jedzenia posiłku w zupełnie różnych okolicznościach. Najpierw tylko dla zaspokojenia głodu. Za drugim razem do odkrycia przy stole nowych smaków i nieznanych wcześniej przypraw. A wszystko to przy sympatycznej dyskusji o wykwintnej potrawie w sprawdzonym gronie przyjaciół.

Tak było i pewnie na zawsze tak zostanie, że docenia i rozumie się w słowach autora swoje własne uczucia i stany emocjonalne. A te zmieniają się z wiekiem i doświadczeniem. Inaczej nawet intensywność opisów i wizja autora w jakiejś mierze pozostanie dla czytelnika obca.

Byłym kiedyś oburzony postawą bohatera. Głowa nabita ideałami nie pozwoliła na nic innego. Trochę inaczej wygląda to dzisiaj. Szczególnie po kolejnym potwierdzeniu środowiska w temacie mojej upartej natury.

Znając zakończenie już wcześniej bawiłem się myślą – jak będzie smakować ten przysmak za kolejne kilkanaście lat?

Pierwszy krąg

Pierwszy krąg

O czym pisze Sołżenicyn każdy wie. Tu poznajemy niemal wszystkich mieszkańców więzienia – instytutu badawczego. Poznajemy od emocjonalnego środka poszczególnych postaci. Więźniów i strażników. Ich bliskich i ludzi, którzy pojawiają się z jakiegoś powodu w ośrodku badawczym lub są w jakiś sposób z nim związani. To nie dokumentacja piekła jak w Archipelagu Gułag, ale jego literacka wizja. Krąg pierwszy piekła Dantego przeniesiony pod Moskwę.

A poza tym – znowu aktualny komentarz do sytuacji w Europie.

Zachód był skazany właśnie dlatego, że tak dobrze mu się powodziło, że nie miał chęci ryzykować życia, aby tego dobrego życia bronić. A najznakomitsi myśliciele i działacze Zachodu szukają usprawiedliwień dla tej chwiejności, dla tej chęci odroczenia rozgrywki – sami siebie oszukiwali wiarą w puste, a dźwięczne obietnice Wschodu w jego kryształowej ideowości.

Znam swoje – chwalę cudze

Znam swoje – chwalę cudze

Fikcja literacka sprawia, że możemy wniknąć w cudze głowy, w cudze miejsca, spojrzeć na świat obcymi oczyma. A potem historia kończy się, nim zginiemy, czy też umieramy w niej – śmiało i na niby, by w świecie poza opowieścią obrócić stronę, zamknąć książkę i wrócić do własnego życia.

To cytat z Gaimana, ale cała historia to wina BEZCENNEGO – pana Miłoszewskiego. Choć pamiętałem recenzję Pirlim Pem Pem skusiłem się na promocję e-booka. Pomyślałem sobie, że sensacja nie każdej kobiecie musi się podobać, a ja potrzebowałem właśnie czegoś lekkiego. Dla odpoczynku i „odmóżdżenia”. Ale jak zwykle – chytry dwa razy traci. Moja wzrastająca z wiekiem upierdliwość i czepianie się drobiazgów pozwoliły przebrnąć jedynie przez pierwsze 20 – 30(?) stron. W każdym razie wystarczająco, żeby dowiedzieć się o totalnej niewiedzy autora na tematy, które zechciał włączyć do akcji swojej książki. Nic nie wie o samotnym wychowywaniu dzieci, a z tematami wspinaczkowymi wyraźnie zetknął się w amerykańskim filmie z Sylvestrem S. w roli głównej. I na tym poprzestał. Nie znam dalszych szczegółów BEZCENNEGO – ale nie jestem już ich ciekaw. Zostałem z „niesmakiem w oczach”.

Z desperacją zanurkowałem w Gaimana.

I dokładnie tego było mi trzeba.

Wy ludzie mówicie o życiu i śmierci jakby to były dwie rzeczy wzajemnie się wykluczające. Jakby nie istniała rzeka, będąca równocześnie drogą, czy pieśń będąca kolorem. (…) Musisz pamiętać, że życie i śmierć to dwie strony tej samej monety.

Znowu potwierdziło się, że na styku gatunków łatwiej trafić na coś ciekawego, oryginalnego. Trochę sensacji, trochę fantasy, umiejętnie wkomponowany moralitet. I gotowe. Pięknie napisane i niegłupie. Lekkie, a jednocześnie delikatnie skłaniające do refleksji. Z naciskiem na delikatnie. Najlepsze, że to co mądre i życiowe wyskakuje w toku powieści jakby „niechcący” i „przy okazji”.

Po prostu świetne!

Ślepota i niepamięć

Ślepota i niepamięć

„Liczyłem na to, że w swoich audycjach będę po prostu śmieszny, ale niełatwo jest być śmiesznym na tym świecie, gdzie tylu ludzi nie zdradza ochoty do śmiechu, nie zdradza ochoty do myślenia, a za to chętnie wierzy, szczerzy kły i nienawidzi”

Tym razem Vonnegut (mój Vonnegut) nie porusza się po swoich zakręconych światach. Próbuje być realistą do bólu. Książka to wspomnienia Amerykanina – spikera radiowego i dramatopisarza, który staje się głównym propagandzistą faszystowskich Niemiec podczas wojny i najbardziej znienawidzoną postacią w całym wolnym świecie. Jednocześnie jest jednak amerykańskim szpiegiem – co ostatecznie daje mu prawo do ocalenia życia po wojnie. Ale w takich sytuacjach nie ma prostych rozwiązań. I to co mogłoby być śmieszne (i w późniejszych książkach Vonneguta będzie śmieszne) – tu śmieszne nie jest.

„Jest mnóstwo rzeczy, o które warto walczyć. Ale nie ma żadnego powodu, żeby ślepo nienawidzić i wyobrażać sobie, że Bóg wszechmogący nienawidzi razem z tobą. Gdzie jest zło? To ta niemała część każdego człowieka, który chce nienawidzić bez ograniczeń i mieć Boga po swojej stronie . To ta część każdego człowieka, dla której wszelka forma brzydoty jest tak pociągająca. To ta skretyniała część każdego z nas, która feruje wyroki, wymierza kary i dąży do wojny”.

Tak się składa, że seria ostatnich lektur nie nastraja optymistycznie.

Chociaż nie – lektury są OK.

Kontekst nie nastraja.

Ślepota nie nastraja.

Rosyjskich elit. Głów europejskich państw. Mądrych tego świata.

I niepamięć też nie nastraja – o historii Europy XX w.

Niepamięć o tym co w literaturze – u Orwella, u Sołżenicyna.

Niepamięć o takim panu, który zamienił niemal dwa kontynenty w obóz koncentracyjny.

Stalin się nazywał.

To nie jest science fiction

To nie jest science fiction

– Nie czytam science-fiction – odparł Nicholas. Czytam tylko poważnych pisarzy – takich jak Proust, Joyce i Kafka. Jeśli science-fiction będzie miało coś poważnego do powiedzenia, to przeczytam.

Tym razem Dick sam został jednym z bohaterów swojej własnej książki. Występuje pod własnym nazwiskiem, jest pisarzem s-f, przywołuje w treści swoje własne powieści.

Jest trochę jak u Pielewina – tygiel wierzeń i religii, przeżyć mistycznych, ludzkich lęków, cudów i podświadomości. Tylko nie ma ironii. Jest śmiertelnie poważnie.

Ale najbardziej zaskakuje, że im dalej w treść – tym mniej jest to „amerykańska” książka. Zupełnie. Jakby pisał ją ktoś znajomy, odważny mieszkaniec środkowej Europy, doświadczony fizycznymi i duchowymi okupacjami. W dodatku bardzo uduchowiony. Dzielący się smutkiem, swoją wrażliwością. I nadzieją pozwalającą wygrywać w chwili, którą całe otoczenie uzna za przegraną i ostateczny koniec.

Niesamowite

Linia podziału

Linia podziału

„On realizuje swoją własną wizję Kościoła. Mało tego, on ma swoją własną wizję Pana Boga, do którego chce pociągnąć innych. A to już jest sprawa bardzo groźna… to nie jest tak, że ojciec Rydzyk stworzył sektę, oddzielił się. On podbija polski Kościół, narzuca mu własną formację”

Przede wszystkim wydaje mi się, że niemal nie sposób rozmawiać i pisać o temacie poruszonym w książce. A to ze względu na brak płaszczyzny wspólnej, na której różnice poglądów miałyby szansę ścierać się na godnych i wspólnych warunkach. Płaszczyzny tej nie ma – bo nie zadbali o to przełożeni bohatera.

Marna jest nadzieja na pełny czytelniczy obiektywizm przy lekturze IMPERATORA. Nie pomaga mi w tym nawet pamięć o pani Zosi, która umierała dwa lata temu w hospicjum. Nie pomaga pamięć o tym ile ulgi przynosiła jej wtedy modlitwa z radia M. Dobrze, że przynajmniej autorzy stanęli (pod względem obiektywizmu) na wysokości zadania.

W żadnym Kościele (nie tylko katolickim) nie ma czegoś takiego jak demokracja (na szczęście). Jest za to niezrozumiałe dla wielu – posłuszeństwo. I wolę je, nawet jeśli po ludzku jest absolutnie okrutne i bezsensowne (ks. Lemański) – niż brak jasnego zdania przełożonych na temat konkretnych aktywności konkretnego człowieka Kościoła (o. Rydzyk). Niepokoi mnie nadgorliwość przełożonych w pierwszym przypadku – szczególnie w kontraście z zupełnym marazmem w przypadku drugim. Bo to akurat dla mnie bardzo zły znak.

Zły, bo książka tylko potwierdza to, co sam doświadczyłem – bohater w pewnych sferach postępuje i zachowuje się jak przywódca sekty. Skutki jego „pracy” dotknęły mnie przez bliskiego człowieka, którego prosty umysł omotał (to właściwe słowo). Któremu zniszczył relacje z rodziną, z braćmi – a mnie, którego uważał za ostatniego przyjaciela, zbrzydził tak, że nie chcę już słuchać jego głosu nawet przez telefon.

Zdania można mieć różne. Nawet krańcowo. Ale jak idea jest ważniejsza od człowieka, to nie wiem gdzie bracie jesteś. Bo w chrześcijaństwie to już na pewno nie.

Paskudna linia podziału. Jak po trzęsieniu ziemi. A wolałbym, żeby ci, którzy są za to odpowiedzialni przestali biernie się przypatrywać. Bo ona ciągle się poszerza

Tak wyszło

Tak wyszło

Do tej pozycji wróciłem. Choć z wizyty u przyjaciół przywiozłem jeszcze pięć innych nieznanych mi książeczek pani Amelii, lekturę zacząłem właśnie od powtórzenia „Tak wyszło”.

Czyżby została moją ulubioną?

Na pewno budzi najmniej oporów (kulturowych, wewnętrznych).

Strach analizować i pisać szczerze – co też takiego we mnie siedzi, że tak mi się podobają te historie.

W każdej dotychczas przeczytanej książki AN z bohaterów wychodzi mnóstwo ukrywanych przez nas na co dzień instynktów. Tylko, że tam przedstawiane jako coś naturalnego – nie dziwią, nie gorszą. Przyjmuje się je w sposób oczywisty, albo co najwyżej z lekkim zdziwieniem. Lub też zbywa milczeniem. Bo jak tu skomentować COŚ TAKIEGO.

W tej urzeka jeszcze jedno – tytuł. Rewelacyjne wytłumaczenie zbiegów okoliczności, które prowadzą bohatera książki do jego (czy aby na pewno tylko jego?) Arkadii.

Po prostu TAK WYSZŁO.