Zagrajmy

Zagrajmy

Lubię czytać Hołownię. Po pierwsze za używanie rozumu. Ten Boży dar wykorzystuje zgodnie z jego przeznaczeniem, łącząc go przy tym z dowcipem i doskonałym w odbiorze potoczystym językiem. Na dodatek te trzy elementy realizuje w kręgu pisarstwa związanego z chrześcijaństwem. Miałem w ręku kilka jego książek, ale moim zdaniem ta wydaje się najlepsza.

W skrócie – Hołownia pisze do ludzi. Nie wpada w kościelną nowomowę, nie używa słów niezrozumiałych dla zwykłego człowieka (lub jasno je tłumaczy). Pisząc o wierze nie unosi się 30 cm nad podłogą symulując lewitację i wyjątkowe uduchowienie. Przeciwnie. Z jego słów bije trzeźwość myślenia, bystrość postrzegania i własne zdanie wyrażane na wiele kościelnych spraw i sytuacji.

Ta akurat książka ma nietypową formę, bo choć można ją sobie czytać od początku do końca, to w zamyśle autora jest ona dodatkiem do gry – będącej wariacją znanego wszystkim MONOPOLU.

Taka formuła pozwoliła w jednej pozycji poruszyć całe mnóstwo (naprawdę mnóstwo) tematów.

Przewracając kolejne strony, śmiejąc się i dziwiąc, myślałem o znajomej katechetce. Muszę jej polecić MONOPOL. Choć radzi sobie z młodzieżą doskonale i nie ucieka od trudnych pytań – nie zawadzi jeśli czasem zaimponuje swoim uczniom 🙂

Szymon Hołownia – Monopol na zbawienie

Dobry początek

Dobry początek

Conrad jest mistrzem słowa. Ale każda doskonałość przychodzi z czasem. Ten literacki debiut jest niezły, dobry, może nawet bardzo dobry. Jednak postawiony obok jego późniejszych opowiadań i powieści – bardzo od nich odstaje. W wielu miejscach widać już ślady pojawiającego się geniuszu. Są też niestety passusy zniechęcające naiwnością. Doskonałe fragmenty sąsiadują z takimi sobie. I ta nierówność stylu nieco drażni.

Nie warto zaczynać poznawania Conrada od tej pozycji, ale jeśli ma się już za sobą żelazny zestaw jego najlepszych książek, można z ciekawości zobaczyć jak wyglądały początki słynnego pisarza.

Joseph Conrad – Szaleństwo Almayera

Smak soli

Smak soli

Największe powieści Waltariego zawsze były dla mnie historiami o człowieku, opowiadanymi przez kogoś o ogromnej wrażliwości, delikatności, cierpliwości. Na dodatek podanymi w formie historii snutych przez wyjątkowego bajarza. Tak proponowane: miłość, cierpienie, tęsknota – nie były wcale sztuczne, ckliwe, nudne. Przeciwnie. Przyciągały i porywały.

W krótkim OBCY PRZYSZEDŁ NA FARMĘ zderzamy się z dosłownością. W tej książce nie ma miejsca na łagodne otoczki. Ból, zmęczenie, starość, nienawiść, nałóg – nie udają czegoś innego. Ale są dokładnie tym co oznaczają.

Waltari w ciężkiej fizycznej pracy, zmaganiu z przyrodą widzi prawdziwą wartość. Życie miejskie leży na przeciwnym biegunie. Jest źródłem obłudy, pustki, niepokoju, kłamstwa. Wszystko czytelnie widać je w konkretnych postawach opisywanych postaci. Kiedy wreszcie pojawia się nadzieja na lepsze jutro – musi dojść do konfrontacji

Mika Waltari – Obcy przyszedł na farmę

Czysta Magia

Czysta Magia

Efekt przeczytania tego zbioru opowiadań był dwojaki. Pierwszy to zaskoczenie nad kunsztem myśli i skojarzeń autora, który tworzy takie perełki jak opowiadanie RYCERSKOŚĆ czy SPRAWA 24 KOSÓW, TROLLOWY MOST, PTAK SŁOŃCA.

To jest szaleństwo inteligentnego mózgu. Podobne brewerie wyprawia Pielewin. Tylko są to dwie krańcowo różne kultury i środowiska – ale rozmach podobny. I nawet uwaga Gaimana, że zbiór reprezentuje opowiadania dla młodzieży (?) – jak dla mnie – jest nie na miejscu.

W zbiorze jest umieszczony również jeden rozdział z KSIĘGI CMENTARNEJ. To wystarczyło, żebym sięgnąć po nią ponownie i przeczytał ją głośno (w odcinkach) chętnemu słuchaczowi. To drugi efekt lektury zbioru opowiadań. Ale naprawdę podczas tego czytania, kolejny raz doskonale się bawiłem.

Neil Gaiman – M jak Magia

  • Sprawa 24 kosów
  • Trollowy most
  • Nie pytaj diabła
  • Jak sprzedać Pontyjski Most
  • Październik w fotelu
  • Rycerskość
  • Cena
  • Jak rozmawiać z dziewczynami
  • Ptak słońca
  • Nagrobek dla wiedźmy (rozdział z Księgi cmentarnej)

Oddział chorych na raka

Oddział chorych na raka

Życie to nie obiecywało mu niczego, co uważali za najważniejsze i o co zabiegali mieszkańcy tego wielkiego miasta; ani mieszkania, ani majątku, ani sukcesów zawodowych, ani powodzenia, ani pieniędzy – niosło jednak inne niesłychane radości – prawo do stąpania po ziemi tam, gdzie się chce, nie na rozkaz; prawo do chwili samotności; prawo do patrzenia w gwiazdy nie zaćmione reflektorami zony, prawo do gaszenia światła i snu w ciemności; prawo wrzucania listów do skrzynki , prawo do odpoczynku w niedzielę, prawo do wykąpania się w rzece i jeszcze wiele innych praw (…) I wszystkie te cudowne prawa przywracały mu wyzdrowienie.”

Żeby odbierać całą grozę prozy Sołżenicyna, trzeba mieć wiedzę i… kręgosłup etyczny. W KRĘGU PIERWSZYM za autorem spotykaliśmy i przyglądaliśmy się z bliska życiu i wnętrzu więźniów, ich rodzinom, strażnikom. Tym razem jesteśmy na oddziale szpitala onkologicznego. Rak przecież nie liczy się ani z zasługami, ani wykształceniem. Za autorem przyglądamy się pacjentom i personelowi. Ale przede wszystkim jesteśmy w Rosji Radzieckiej, w wielkim obozie koncentracyjnym gdzie wszyscy pilnują siebie nawzajem i siebie nawzajem boją.

Rzymianie mówili – testis unus – testis nullus, jeden świadek – to nie świadek. A w dwudziestym wieku nie potrzeba nawet tego jednego. Wystarczy donos.”

Aleksander Sołżenicyn – Odział chorych na raka

Reportaż z Wielkiego Miasta

Reportaż z Wielkiego Miasta

 

Wiem już, że język może całkowicie uwieść czytelnika. Miałem to czytając Prusa. Ale żeby przeżywać coś takiego znowu!

Ziemia obiecana to historia opowiedziana filmowo. Postać głównego bohatera przewija się co rusz na kolejnych stronach powieści, ale tak naprawdę wędrujemy przez Łódź za dociekliwym, uważnym i spostrzegawczym reporterem. Trafiamy za autorem na samo dno nędzy ludzkiej i przechadzamy się wśród bogactwa, którego nie ma nawet jak spożytkować. Przed oczami pojawiają się wciąż nowe osoby. Ich opis – a także opis miejsc i zdarzeń jest tak celny, że nie ma najmniejszych problemów z zobaczeniem wszystkiego tak, jak widział to autor.

Zewnętrzny obraz to tylko jedna – choć doskonale przedstawiona – warstwa powieści. Reymont równie swobodnie opisuje emocje, uczucia i myśli osób, które pojawiają się na stronach jego historii. I jest to prawdziwa „komedia ludzka”.

Nie ma również problemów z usłyszeniem wszystkiego co słyszał autor. To słyszenie to jakby osobna warstwa treści. Opisywana technika to życie, siła, moc. Pulsuje w maszynach, a maszyny żyją w oku i uchu Reymonta. Reporterska gorączka osiąga szczyt w scenie nagłego powrotu Karola Borowieckiego z Berlina do Łodzi.

Chwilami miałem wrażenie, że przyglądanie się ludziom jest tu ważniejsze od samej akcji. A cała historia to pretekst, do żywej, dotykalnej i namacalnej i bardzo, bardzo prawdziwej opowieści o ludziach wielkiego miasta.