Zielone piekło

Zielone piekło

Mimo młodego wieku reportera, po lekturze jego dziennika podroży (wyprawy) można się zorientować, że nie tyle dobrze się zapowiadał – co już dysponował doskonałym zmysłem obserwacji i świetnym piórem.

Jedna strona książki to żywy obraz podzwrotnikowej dżungli, reporterskie opisy i fotograficzny obraz żyjących tam ludzi. (Tak na marginesie: o ile rdzenni mieszkańcy są obrazem przystosowania, o tyle biali są tam całkowicie obcy). Druga – to zapiski, których celem jest zachowanie i utrzymanie psychiki autora w formie. Ale nie jest to dla niego łatwe.

Opisywany świat wzbudza zachwyt, zdziwienie – a czasem przerażenie. Za to fragmenty, które są wchodzeniem w psychikę autora, przypominają patrzenie na himalaistę zapadającego na postępującą chorobę wysokościową. Kogoś kto nie potrafi już ocenić realnie sytuacji. I jedyne co może – to podtrzymywać się na duchu za wszelką cenę.

Czy po tylu latach od napisania dziennika mamy prawo nadal się nim emocjonować? I przyglądać się jak umiera człowiek?

Raymond Maufrais – Zielone piekło

zielone-pieklo

 

Najlepsze!

Najlepsze!

Wiekowy zbiór (Wydawnictwo REBIS 2008 rok) jeszcze starszych historii Philipa K. Dicka. Czy rzeczywiście są to OPOWIADANIA NAJLEPSZE? Na pewno nie ma wśród nich opowiadań słabych. Spojrzenie na codzienność oczami człowieka, który poddaje w wątpliwość realność otaczającego świata i ma zastrzeżenia do swojego własnego istnienia jest mocno inspirujące.

OPOWIADANIA NAJLEPSZE to zbiór nieporównywalnych ze sobą doskonałych krótkich form. Zaczynamy nieco humorystycznie – GDZIE KRYJE SIĘ WUB. Potem nie jest już do śmiechu. Najbardziej oczywisty obraz może okazać się czymś zupełnie innym. Na dodatek niebezpiecznym. Ważne kto patrzy i co widzi – ROOG. Bardzo emocjonalne i wzruszające (nietypowe dla tego autora) CZŁOWIEKIEM JEST. Przygnębiające gęstą atmosferą fizycznego wręcz strachu FOSTER, JUŻ NIE ŻYJESZ. Zaskakujące króciutkie ELEKTRYCZNA MRÓWKA, gdzie z rosnącym napięciem wczuwamy się w los bohatera, żeby w ostatnich zdaniach… zaniemówić. I mały prztyczek w kierunku mediów i polityków GDYBY NIE BYŁO BENNY`EGO CEMOLIEGO.

Czy na co dzień coś jest nas w stanie jeszcze tak zdziwić, że wstrzymujemy oddech?

  • Czas żwawej Pat
  • Człowiek jest…
  • Elektryczna mrówka
  • Foster, już nie żyjesz
  • Gdyby nie było Benny`ego Cemoliego
  • Gdzie kryje się Wub
  • Kolonia
  • Kopia ojca
  • Małe co nieco dla nas, temponautów
  • Mistyfikator
  • Och, być Bloblem!
  • Odmiana druga
  • Roog
  • Śniadanie o brzasku
  • Wezwanie do naprawy
  • Wiara naszych ojców
  • Wypłata
  • Zbędny
  • Zautomatyzowane fabryki

 

Philip K Dick – OPOWIADANIA NAJLEPSZE

56bb029993740

Szlachetna bezradność

Szlachetna bezradność

Przewijają mi się przed oczami autorzy, którzy życiowo zostali dotknięci i naznaczeni problemami, zmaganiem ze strachem, chorobami, nałogami. Pomyślałem sobie, że ich twórczość często (subiektywna opinia podyktowana chwilowym wrażeniem – ale może jednak do obrony) cechuje duża wrażliwość, staranność w języku i snutej refleksji. Jakby pisanie było obroną przed własną bezradnością i dowodem dla samego siebie, że inny – dobry, pogodny świat naprawdę istnieje.

Język Pilcha to muzyka. Dobra muzyka. Dlatego zdecydowanie wolę audiobooki jego książek. Złapałem się na tym, że właściwie do wszystkiego, co Pilch pisze podchodzę jak do historii autobiograficznych, widzę jego postać i cieszę się głosami, który pasują do autora. Jak dotąd nie zdarzyło się, żeby lektor nie stanął na wysokości zadania.

MIASTO UTRAPIENIA nie jest najwyższym osiągnięciem Pilcha – ale nie ma też podstaw do jego wyraźnej krytyki. Ot, wrażenie emocjonalne. Może być też tak, że tytuły, które uważam za lepsze – były po prostu subiektywnie lepiej przeczytane. Rzecz nie warta roztrząsania.

Za to zawsze jest dobry czas, żeby czytać i słuchać zdania takie jak: „Niedostrzegalny dla ludzkiego oka cień uśmiechu przemknął po twarzy policjanta.” 😉

Jerzy Pilch – Miasto utrapienia

miasto_utrapienia_2

Moje życie z Mozartem

Moje życie z Mozartem

Mam w swojej biblioteczce książki z podkreśleniami, uwagami i dopiskami dobrej przyjaciółki. Zaglądając do nich widzę nie tylko treść podaną przez autora, ale również emocje i myśli ważnego dla mnie czytelnika. Mam ich tam oboje.

Pomysł wydania razem z muzyczną płytą bardzo osobistej książki zawierającej wyimaginowane listy Schmitta do Mozarta jest doskonały. Listy to znaczące zdarzenia z życia autora – i to od jego młodości – które nierozerwalnie związały się z konkretnymi utworami Mozarta. Maleńki tomik można przeczytać błyskawicznie. Jednak możliwość wsłuchania się w muzykę wspartą wyznaniami Schmitta sporo zmienia.

Pamiętam jak bardzo przeszkadzał mi brak wiedzy muzycznej w odbiorze i smakowaniu DOKTORA FAUSTUSA Tomasza Manna. Tu nie ma podobnego problemu.

Słowa książki są znacznie jaśniejsze. Emocja autora bardziej czytelne. Muzyka przestaje być anonimowym tłem, nabiera osobistego charakteru, wyrazistości, mocy i głębi. I jest najzwyczajniej piękniejsza. I chociaż książka skończona już dawno to płyta nadal tkwi w odtwarzaczu.

Słucham jej.

I są tam obaj.

Eric Emmanuel Schmitt i Wolfgang Amadeusz Mozart.

Razem.

 

Eric Emmanuel Schmitt – Moje życie z Mozartem

moje_zycie_z

Cyrk

Cyrk

Tym razem efekt reporterskich wypraw na koniec świata nie rozpalał czytelniczej ciekawości w tematach życia i zwyczajów odległych, dziwnych ludów. Było odwrotnie i mocno refleksyjnie. Patrzyłem na rytm życia bohaterów, ich postępowanie, szukanie harmonii, dążenie do celu, nadawanie sensu codziennej pracy. A w tym świetle to Europa wydawała mi się dziwnym i nienaturalnym miejscem.

Trochę rezerwat, trochę dziwowisko, trochę lunapark.

Do tego ludzie i ich postępowanie dziwnie sztuczne i nieracjonalne.

Nielogiczne i sprzeczne z naturą (także z ludzką naturą).

Wybryk taki.

Cyrk.

 

Andrzej Muszyński – Południe

poludnie_muszynski

Napój ananasowy dla pięknej damy

Napój ananasowy dla pięknej damy

Już dawno moja papierowa biblioteczka ogranicza się tylko do wybranych autorów i pozycji, które otrzymały specjalny status WARTOŚCIOWE. Bo nie wystarczy, że mam je w zasięgu czytnika. Dobrze jest od czasu do czasu na nie popatrzeć, dotknąć, przerzucić i/lub przeczytać jeszcze raz. Jest tam rządek książek Wiktora Pielewina.

Daruję sobie opis treści zbioru mikropowieści. Nie dla fabuły czyta się Pielewina. Robi się to dla jego inteligencji, błyskotliwości, ironii. Lekkość i dowcip maskuje poważne rozważania o absurdach otaczającej rzeczywistości, którą tworzymy, według zasad której żyjemy i całkowicie bezrefleksyjnie akceptujemy. Od polityki po życie codzienne.

Pielewin to gwarancja tekstów wyrafinowanych. Jego pisarska finezja zbudowana jest przy tym na znanych, popkulturowych symbolach. Sprzeczność? Niekoniecznie. Bo mamy do czynienia z wyrażaniem opinii i treści na poziomie mistrzowskim. Chyba, że – jak zauważył kiedyś w swojej recenzji Piotr Kofta: „Skłaniałbym się zresztą ku przypuszczeniu, że w rzeczywistości Pielewin nie istnieje – a pod kamuflażem jego nazwiska działa jakaś wyspecjalizowana komórka kontrwywiadu i dezinformacji.”

Wiktor Pielewin – Napój ananasowy dla pięknej damy

napoj-ananasowy

Moda na sukces

Moda na sukces

Już wiem co się dzieje, kiedy znany i poczytny autor potrzebuje gwałtownie pieniędzy. Albo podpisuje z wydawnictwem umowę, z której musi się wywiązać w ściśle określonym terminie. Nieważne czy ma coś – czy nie ma niczego do powiedzenia.

Przez połowę książki czekałem na zaskakującą woltę, która wyjaśni dlaczego autor wybrał taki, a nie inny sposób charakteryzowania bohaterów. Ale wolty nie było.

Jesteśmy w literackiej wersji „Mody na sukces”. Bohaterowie uprawiają seks. Na wszystkie możliwe sposoby (z wyłączeniem tych zakazanych prawnie). W kółko i na okrągło. Zwolennicy wszelakich preferencji seksualnych powinni być usatysfakcjonowani. Czyta się bardzo szybko, tylko… do samego końca nic z tego nie wynika.

Świetnemu pisarzowi trafił się tym razem gniot. Ale nie trzeba go z tego powodu porzucać „na wieki” i krytykować bez końca. Wystarczy sobie „Papugi” darować i sięgnąć po jego inne, doskonałe tytuły.

Eric-Emmanuel Schmitt – Papugi z placu d’Arezzo