Zwierzenia kontestatora

Zwierzenia kontestatora

Mój „Młody” powiedział kiedyś, że nie ma nic smutniejszego niż widok starzejącego się hippisa. Po przeczytaniu ZWIERZEŃ KONTESTATORA – w tym jednym przypadku – muszę się z nim nim zgodzić.

W szkole to Marian pierwszy miał płyty Pefectu. Rafał grzywką (nie tylko) „głosił chwałę” Republiki. Ja trzymałem z TSA. Niezły to był czas. Nie uznawaliśmy kompromisów i wydawało nam się, że absolutnie wszystko jest możliwe.

TSA 3

Nie wiem czy to Piekarczyk tak świetnie kreuje swój wizerunek czy to jego rozmówca tak życzliwie przedstawia jego postać. Pamiętam jednak, że nie pierwszy raz Leszek Gnoiński pisząc o muzykach, rozmawiając z nimi – pomaga im odnaleźć to, za co kochali i kochają ich słuchacze i fani.

Markowi Piekarczykowi pozwolił do dzisiaj zostać hippisem. Pokazał go tak, że nie śmieszą jego długie już przerzedzone włosy; nie razi dawniejsze życie rockmena. Pozwolił zachować mu młodzieńczy ideał wolności, ale wzbogacił go o życiowe doświadczenie. Ładnie to zrobił. Naprawdę ładnie.

zwierzenia_kontestatora

Leszek Gnoiński, Marek Piekarczyk – MAREK PIEKARCZYK. ZWIERZENIA KONTESTATORA

Dziennik Mistrza i Małgorzaty

Dziennik Mistrza i Małgorzaty

Słowo Dziennik zakłada treści bardzo osobiste. Możliwość podglądania zdarzeń, w których uczestniczy autor, przyglądania się jego myślom i emocjom – to wyjątkowe spotkanie.

Ta konkretnie książka wymaga od czytelnika większego zaangażowania i większego wysiłku. W czym problem? Zeszyty z pierwszym dziennikiem Bułhakowa zostały mu skonfiskowane podczas jednego z przeszukań. Mimo starań nigdy ich nie odzyskał. Nie odnaleziono ich również później.

dziennik II

To czym dysponujemy to dziennik Bułhakowa prowadzony od 1921 roku. Słowa Mistrza są bardzo oszczędne, ujawnia bardzo niewiele z tego, co myśli i czuje. Notuje pozornie obojętne detale. Dopiero w połączeniu z listami i dziennikiem jego żony Jeleny (od 1933 roku) – a przede wszystkim dodanymi komentarzami wydawcy (są wg mnie i tak zbyt enigmatyczne i nie naświetlają dobrze całego kontekstu) pojawia się obraz ludzi ostrożnych, głęboko ważących zapisywane słowa, świadomych braku prywatności i groźby użycie każdego zdania przeciwko autorowi zapisków.

Tu najwięcej dzieje się pomiędzy wierszami, w niewinnych dygresjach, przemilczeniach. Czytamy słowa ludzi niepewnych przyszłości, świadomych otoczenia, które donosi i szczuje. Czytamy o życiu człowieka pozbawianego na każdym kroku możliwości pracy, możliwości rozwoju swojego talentu. Czytamy o strachu, którego nie można nawet nazwać po imieniu; o bezsilności i woli życia. O konsekwencjach trzymania się wiernie zwyczajnej uczciwości w stolicy totalitarnego państwa tuż pod bokiem jego niepodzielnego władcy.

dziennik-mistrza-i-malgorzaty

Michaił Bułhakow, Jelena Bułhakow – DZIENNIK MISTRZA I MAŁGORZATY

„Black Mirror” czyli encyklika papieża Franciszka LAUDATO SI

„Black Mirror” czyli encyklika papieża Franciszka LAUDATO SI

Filmy tworzone przez Charliego Brookera niezmiennie trzymają poziom. Zdarzały się już nam w bliskim gronie ożywione dyskusje na temat tego co widzieliśmy. Były też wspólne seanse i odcinki tak mocne, że ciężko było odezwać się po nich słowem. I jak na razie – niełatwo znaleźć porównanie z innymi produkcjami serialowymi – nawet wysokiej klasy. Dlaczego? Chyba za mało w Black Mirror fantazji. Za dużo konkretu i rzeczy, które doskonale znamy z codzienności. To nie są opowieści o jakiejś tam przyszłości, ale coś co się aktualnie – właśnie teraz – dzieje.

Laudato si I

Oficjalne dokumenty najwyższej kościelnej wagi noszą nazwę Encyklik. Te autorstwa papieża Franciszka nie przygniatają filozoficznym i kościelnym słownictwem. Franciszek mówi i pisze językiem prostym, jasnym, zrozumiałym.

W medialnych komentarzach Laudato SI nazwano dokumentem na temat ekologii. Obawiam się, że trochę na wyrost. Chociaż stosunek człowieka do natury zajmuje w niej sporo miejsca, nie o przyrodzie jest ten dokument, ale o ludziach. Dostajemy do ręki bardzo mocny, konkretny, napisany klarownym językiem tekst o konsekwencjach społecznych i globalnych zwykłych, codziennych, jednostkowych wyborów. Nie jest to „grożenie paluszkiem i kiwanie główką” nad niegrzecznymi chrześcijanami – ale postawienie przed czytelnikiem – bez względu na opcję poglądową i religijną – precyzyjnego lustra, które pokazuje prostą, ale spychaną gdzieś na bok prawdę. Nic co robię nie jest oderwane od otoczenia, rzeczywistości, społeczeństwa. I absolutnie każda moja decyzja – ma swoje konsekwencje dla innych ludzi, miasta, kraju, świata, planety.

Dokładnie tak, jak pokazują to historie z Black Mirror. Bo jak powiedział kiedyś Charlie Brooker:

– „Moje filmy pokazują co może się stać, jeśli będziemy nieuważni. A cała nasza historia potwierdza, że zwykle byliśmy nieuważni.”

Luadato Si IV

LAUDATO SI (Pochwalony bądź) – druga encyklika papieża Franciszka

Pacyfista na zawsze

Pacyfista na zawsze

Ze słaby entuzjazmem podchodzę do większości zbiorów wystąpień, przemówień, felietonów. Ulubiony autor ma prawo pisać również rzeczy słabsze. To nie jest wystarczający powód, żeby rzucać się na taką pozycję książkową na sam widok jego nazwiska na okładce.

Z „Wampeterami” jest na szczęście inaczej. Autor sam dokonał wyboru i zdecydował przekazać czytelnikom dokładnie to, co uznał za wartościowe i ponadczasowe. To, z czym nadal się zgadza i utożsamia.

Nie zachwyca mnie ten typ literatury. Za to coraz bardziej przepadam za człowiekiem, który ją tworzył. Lubię jego błyskotliwy, gorzki humor. Ogłasza prawdy ważkie, istotne. Nie załamuje rąk nad brakiem reakcji i obojętnością słuchaczy. Woli zamienić wypowiedź w żart, pozornie ośmieszyć samego siebie. Ale to chyba mechanizm obronny ludzi inteligentnych, wrażliwych, samotnych. Po co więc nieustannie powtarza światu to samo? Bo nie chce i nie potrafi zrezygnować z mówienia prawdy. A w „trudnej sztuce rzucania grochem o ścianę”* – jest już mistrzem.

* Zwrot „trudna sztuka rzucania grochem o ścianę” zaczerpnąłem od Stefana Chwina z wywiadu, którego udzielił niedawno Tygodnikowi Powszechnemu

Wampetery

Kurt Vonnegut – WAMPETERY, FOMA I GRANFALONY

Demon ruchu

Demon ruchu

Inaczej czytam dziś Grabińskiego. Już nie historie pełne grozy, ale język skupia myśli, zatrzymuje rytm lektury. Smakuję budowę zdań, dobór słów już zapomnianych, wypadłych z użycia, rzadko obecnych w słowie pisanym, nieistniejących w języku mówionym. Ich soczystość, wyrazistość, opisowość tworzy obrazy magiczne. Działa na wyobraźnię. Bardzo to wszystko pasuje do zbioru opowiadań, które łączy idea ruchu, pędu, szybkości. Parowe lokomotywy i dawna kolej bardzo mocno oddziaływała za zmysł słuchu i wzroku. Przeczucie życia tkwiącego w takiej maszynie przemawiała mocniej niż dzisiejszy lęk przed samoświadomością, która może urodzić się w elektronowym mózgu i obrócić się przeciw człowiekowi.

 

Dobrze, że Grabiński jest obecny w wydaniach papierowych i elektronicznych. To chyba znak, że nadal chcemy go czytać. Może już nie po to, żeby się bać. Ale po to, żeby dotknąć czegoś, co nie da się nazwać, co wymyka się jednoznacznym określeniom, zostawia niepewność, zdziwienie, zasłuchanie w odgłosy jadącego w oddali pociągu. I choć nie ma już charakterystycznego stukotu wagonów na złączach szyn, coś z Demona Ruchu nadal tu żyje.

Demon ruchu

Stefan Grabiński – Demon ruchu

  • Głucha przestrzeń

  • Smoluch

  • W przedziale

  • Wieczny pasażer

  • Fałszywy alarm

  • Demon ruchu

  • Maszynista Grot

  • Sygnały

  • Dziwna stacja

  • Błędny pociąg

  • Ślepy tor

  • Ultima Thule

  • Enagramy Szatery

Duże sprawy w małych głowach

Duże sprawy w małych głowach

Autorka, Agnieszka Kossowska – mama niepełnosprawnego dziecka – razem z zaprzyjaźnionymi terapeutami opowiedziała pięć różnych historii o niepełnosprawności. W kilku krótkich rozdziałach poznajemy sprawy rodzin i małych bohaterów dotkniętych autyzmem, niepełnosprawnością sensoryczną, niepełnosprawnością ruchową, intelektualną, skutkami wcześniactwa i epilepsji.

20170117_112201

Prywatnie – najbardziej fascynujący był rozdział poświęcony autyzmowi. Jeszcze cieplej i słoneczniej patrzę teraz na swojego dziesięcioletniego kumpla. Mógłbym powiedzieć, że coraz lepiej rozumiemy się bez słów, ale to przekłamanie. Ponieważ mój Przyjaciel dotąd nie wypowiedział jeszcze żadnego słowa, to tylko ja zacząłem widzieć nieco więcej w jego ruchach, gestach, spojrzeniach. I wiecie co, chyba to zauważył 🙂

***

Mimo tego, że pozycja dedykowana jest dzieciom polecam ją gorąco każdemu dorosłemu. Wspaniała dawkę wiedzy i lekcja empatii.

Zielone piekło

Zielone piekło

Mimo młodego wieku reportera, po lekturze jego dziennika podroży (wyprawy) można się zorientować, że nie tyle dobrze się zapowiadał – co już dysponował doskonałym zmysłem obserwacji i świetnym piórem.

Jedna strona książki to żywy obraz podzwrotnikowej dżungli, reporterskie opisy i fotograficzny obraz żyjących tam ludzi. (Tak na marginesie: o ile rdzenni mieszkańcy są obrazem przystosowania, o tyle biali są tam całkowicie obcy). Druga – to zapiski, których celem jest zachowanie i utrzymanie psychiki autora w formie. Ale nie jest to dla niego łatwe.

Opisywany świat wzbudza zachwyt, zdziwienie – a czasem przerażenie. Za to fragmenty, które są wchodzeniem w psychikę autora, przypominają patrzenie na himalaistę zapadającego na postępującą chorobę wysokościową. Kogoś kto nie potrafi już ocenić realnie sytuacji. I jedyne co może – to podtrzymywać się na duchu za wszelką cenę.

Czy po tylu latach od napisania dziennika mamy prawo nadal się nim emocjonować? I przyglądać się jak umiera człowiek?

Raymond Maufrais – Zielone piekło

zielone-pieklo