Napój ananasowy dla pięknej damy

Napój ananasowy dla pięknej damy

Już dawno moja papierowa biblioteczka ogranicza się tylko do wybranych autorów i pozycji, które otrzymały specjalny status WARTOŚCIOWE. Bo nie wystarczy, że mam je w zasięgu czytnika. Dobrze jest od czasu do czasu na nie popatrzeć, dotknąć, przerzucić i/lub przeczytać jeszcze raz. Jest tam rządek książek Wiktora Pielewina.

Daruję sobie opis treści zbioru mikropowieści. Nie dla fabuły czyta się Pielewina. Robi się to dla jego inteligencji, błyskotliwości, ironii. Lekkość i dowcip maskuje poważne rozważania o absurdach otaczającej rzeczywistości, którą tworzymy, według zasad której żyjemy i całkowicie bezrefleksyjnie akceptujemy. Od polityki po życie codzienne.

Pielewin to gwarancja tekstów wyrafinowanych. Jego pisarska finezja zbudowana jest przy tym na znanych, popkulturowych symbolach. Sprzeczność? Niekoniecznie. Bo mamy do czynienia z wyrażaniem opinii i treści na poziomie mistrzowskim. Chyba, że – jak zauważył kiedyś w swojej recenzji Piotr Kofta: „Skłaniałbym się zresztą ku przypuszczeniu, że w rzeczywistości Pielewin nie istnieje – a pod kamuflażem jego nazwiska działa jakaś wyspecjalizowana komórka kontrwywiadu i dezinformacji.”

Wiktor Pielewin – Napój ananasowy dla pięknej damy

napoj-ananasowy

Reklamy

ZNAK CZASU

ZNAK CZASU

ŚRODOWISKO NATURALNE. KORZENIE to książka, której bardzo potrzebowałem. Jedna z tych, które przywraca prawdziwe znaczenie podstawowym słowom.

Wdzięczność

Kiedy mamy lat „naście” czy dwadzieścia parę, jesteśmy bardzo bystrzy i surowi w ocenach. Jeśli komuś zaufamy – czerpiemy wtedy wzorce z jego życia. Jego postępowaniem nasiąkamy.

Książka powinna nosić tytuł WDZIĘCZNOŚĆ. Tym razem profesor nie mówi o sobie. Za to jego fenomenalna pamięć pozwala przypomnieć i spotkać ludzi, którzy w kluczowym momencie jego życia okazali się najważniejsi. Mówi o innych. Kolegach, koleżankach, nauczycielach, wychowawcach, dowódcach i konspiratorach.

Początek

Bez domu rodzinnego i wychowania nie byłoby odpowiednich podstaw. Ale to Auschwitz i ludzie, którzy zajęli się młodym człowiekiem złamanym pobytem w obozie są pierwszymi bohaterami tej książki. Ogromne wrażenie robi wspomnienie o księdzu Janie Ziei – i spowiedzi jaką młody Władek złożył właśnie przed nim:

– Wyszedłeś z obozu żywy, bo Bóg chciał, żebyś przeciwdziałał złu, które poznałeś. To wielka łaska. Łaska i dług, który musisz spłacić. Wysnuj z tego wnioski. Pomyśl o tych, którzy żyją za murem…

Fotografie

Drobiazgowo i ze szczegółami przypomniane i przedstawione zdarzenia, zlepione skrupulatnie w całość pokazują niesamowitych ludzi, inteligencję zaangażowaną w opór przeciw okupantowi – od uczniów i studentów przez kadry nauczycielskie, prawników po emerytów. Mnogość organizacji partyjnych we wszystkich możliwych kolorach i odcieniach poglądów. Ogrom pracy i sposobów walki. I ta nieprawdopodobna z dzisiejszego punktu widzenia umiejętność dogadywania się ze sobą ze względu na wyższe dobro – ocalenie życia ludzi z likwidowanego getta.

Postawa

Spotykamy tu ludzi wielkiego formatu. Dziewczęta i chłopców skazywanych na śmierć za odmowę wydania „spiskowców”. Bohaterów, którzy nawet w wolnej Polsce nadal milczeli o swoich pracy i jej efektach. A nawet wywołani przed szereg przypisywali zasługi innym – często sobie nawzajem. Co za kontrast z postawą osób, które – kiedy mogły – „nie zdążyły” nic zrobić. Za to teraz przypisują sobie cudze zasługi….

Życie

Mnóstwo drobiazgów przekłada się na codzienność okupacji i ruchu oporu. Z jednej strony ocierania się o śmierć w pracy na rzecz Żydów. Zagrożenie od Polaków denuncjatorów, kolaborantów, szantażystów. Strach, których jednych paraliżował – innych popychał do działania.

Ogromne wrażenie zrobiły na mnie informacje przemycane często mimochodem „na marginesach” i między wierszami książki. Jak cenna i ważna była rola ludzi… pracujących dla okupanta. O kogo chodzi? O strażników więziennych, lekarzy, pielęgniarki pracujące na Pawiaku i w niemieckich więzieniach. O Polakach w granatowej policji przekazującej informacje do ruchu oporu. O prowadzących lokale i sklepy „nur fur Deutsche”, gdzie przechowywano opozycyjne materiały – a czasem nawet ukrywano ludzi. Jak żałośnie wyglądają w tym świetle utyskiwania na „kolaborację” opozycji PRL z komunistyczną władzą.

***

Jak wszedłem w posiadanie książki?

Przypadkowa wizyta w księgarni Matras.

I zakup z przeceny pozycji szytej, w twardej oprawie za… niecałe 10 zł

Znak czasu?

Władysław Bartoszewski – ŚRODOWISKO NATURALNE. KORZENIE

srodowisko-naturalne-korzenie-b-iext38711670

Zapisz

Reportaż z Wielkiego Miasta

Reportaż z Wielkiego Miasta

 

Wiem już, że język może całkowicie uwieść czytelnika. Miałem to czytając Prusa. Ale żeby przeżywać coś takiego znowu!

Ziemia obiecana to historia opowiedziana filmowo. Postać głównego bohatera przewija się co rusz na kolejnych stronach powieści, ale tak naprawdę wędrujemy przez Łódź za dociekliwym, uważnym i spostrzegawczym reporterem. Trafiamy za autorem na samo dno nędzy ludzkiej i przechadzamy się wśród bogactwa, którego nie ma nawet jak spożytkować. Przed oczami pojawiają się wciąż nowe osoby. Ich opis – a także opis miejsc i zdarzeń jest tak celny, że nie ma najmniejszych problemów z zobaczeniem wszystkiego tak, jak widział to autor.

Zewnętrzny obraz to tylko jedna – choć doskonale przedstawiona – warstwa powieści. Reymont równie swobodnie opisuje emocje, uczucia i myśli osób, które pojawiają się na stronach jego historii. I jest to prawdziwa „komedia ludzka”.

Nie ma również problemów z usłyszeniem wszystkiego co słyszał autor. To słyszenie to jakby osobna warstwa treści. Opisywana technika to życie, siła, moc. Pulsuje w maszynach, a maszyny żyją w oku i uchu Reymonta. Reporterska gorączka osiąga szczyt w scenie nagłego powrotu Karola Borowieckiego z Berlina do Łodzi.

Chwilami miałem wrażenie, że przyglądanie się ludziom jest tu ważniejsze od samej akcji. A cała historia to pretekst, do żywej, dotykalnej i namacalnej i bardzo, bardzo prawdziwej opowieści o ludziach wielkiego miasta.

 

Dom z papieru

Dom z papieru

niech pan spróbuje oświetlić świecami jakiś obraz olejny, a dostrzeże pan, że zyskuje on wówczas całkowicie inny wygląd niż zazwyczaj. To nowy obraz, cienie nabierają życia i można powiedzieć, że nie ma zasadniczej różnicy między światłem, jakie rodzi się z pigmentów i oleju, a pokojem, w którym się znajduje. Przestrzenie wydłużają się i wchodzi pan w inny wymiar. Coś podobnego dzieje się z pewnymi książkami, gdyż stronica też jest wspaniałym rysunkiem. Grą linii i niewielkich figur, które płyną od samogłoski do spółgłoski, powodowane własnym rytmem i kompozycją, i nigdy nie jest bez znaczenia wielkość druku, rodzaj czcionki, rozmiar marginesów, grubość papieru, to, czy

paginacja jest z prawej, czy pośrodku – nieskończoność szczegółów, jakie tworzą piękny przedmiot…

Maleńka książeczka. Jest w niej akcja. Opowiadana jest historia. Ale to co najistotniejsze to zaczarowany, naprawdę zaczarowany świat ludzi, dla których książki są CAŁYM światem. Z pozoru są podobni do każdego z nas. Jednak ich wzorce postępowania, zasady życia, funkcjonowania, hierarchie wartości są bardzo i zupełnie inne od tych, które znamy.

…Bez względu na to, jak nowa jest książka i jak bardzo biały ma papier, światło świec ją patynuje, wydobywając w cudowny sposób wartości i odcienie. A korytarze stają się wprost wspaniałe.

Jakie korytarze? – spytałem zaskoczony.

To stara dyskusja. Nikt nie wie z całą pewnością, czy chodzi o talent autora, czy o zalety wydania . Opinie są podzielone. Ale wielu czytelnikom wystarczy spojrzeć na korytarze, żeby wiedzieć, czy książka jest dobra i czy zasługuje na przeczytanie.

(… ) podszedł do biblioteki, wyjął stare wydanie Eugenii Grandet i włożył mi do ręki. Poprosił, żebym je otworzył i poszukał na dowolnej stronie pionowych czy skośnych korytarzy utworzonych przez odstępy między wyrazami. Rzeczywiście odkryłem długie korytarze, które przedłużały się z linijki na linijkę, przekraczały akapity, czasem znikały i podejmowały drogę ukośnie, od prawej do lewej, od lewej do prawej, albo spadały pionowo w dół.

Pisarz, który nie wyczuwa rytmu frazy nie potrafi tego osiągnąć. Jeżeli kaleczy język umieszczając w jednym zdaniu dwa czy trzy wyrazy dłuższe niż czterosylabowe, z konieczności przerywa korytarz i, oczywiście również zaburza rytm.

(…) Nieudolne wydanie, które operuje zbyt małą lub zbyt dużą czcionką, także zniekształca te figury, którymi oko sekretnie się cieszy.

Wyjątkowość tej pozycji bardzo ściśle łączy się z jej wyglądem. Trzymamy w ręku perełkę. Twarda oprawa. Dodatkowa obwoluta. Zszyte karty z tasiemką jako zakładką. Format tomików poezji. „Ciepły” kremowy papier. Układ graficzny pełen światła i dużych marginesów. Do tego czytelna czcionka w brązach korespondujących z papierem. Gdyby była wydana inaczej – jej treść miałaby znacznie utrudnione dotarcie do czytelnika. A przekaz dotyczyłby nie wiadomo czego.

PS

Ponieważ w historii duże znaczenie ma SMUGA CIENIA Josepha Conrada, nie odmówiłem sobie tej przyjemności i odświeżyłem naszą znajomość 🙂

Szeroko otwarte oczy

Szeroko otwarte oczy

Pierwszy raz może odrzucić lub zachwycić. Związać na długo, przekonać i zachęcić. Albo przeciwnie. Spowodować, że odsunie się człowieka, pomysł, zajęcie w kąt. I nie będzie do niego wracać.

Nie czytałem jeszcze Stasiuka. Do teraz. Zgrzebna, skrzecząca rzeczywistość zapadłego końca świata u tego autora nabrała cech bogatych w zaskakujące, celne i piękne porównania, opisów błyszczących wyjątkowym zmysłem obserwacji, kolorów wprost z palety wrażliwego impresjonisty. A wreszcie dźwięków pełnych nie tylko półnut, ale kogoś o słuchu wybitnym – który słyszy także ćwierćnuty, a nawet ósemki.

Im dalej w tekst, tym lepiej. Historia toczy się w zakątku zapomnianym przez Boga i ludzi. Autor zapętla ją coraz bardziej i postaci pojawiające się gdzieś w tle, w kolejnych rozdziałach stają się głównymi bohaterami. Wszystko w końcu staje się jedną pełną opowieścią. Piękną w drobiazgach, szczegółach i budzącą podziw i oczarowanie po przeczytaniu ostatnich zdań.

Nie trzeba – jak widać – jechać do egzotycznych krain, żeby barwnym językiem opisać nieznane barwy, wzory i wydarzenia. Wystarczy szeroko otworzyć oczy.

Hełm grozy

Hełm grozy

Nie spotkałem jeszcze nigdzie tak pełnego i aktualnego spojrzenia na współczesność, na ludzi, na społeczeństwo – jak u Pielewina (zawsze jest ryzyko, że za mało takiej literatury znam). Rękami i nogami Pielewin tkwi w DZISIAJ, ale przede wszystkim tkwi tu głową. Choć słowem buja w przeszłości, przyszłości i nie wiadomo gdzie – to tak naprawdę nigdzie się nie rusza. Tylko bardzo szeroko otwiera oczy i pisze przypowieści. Jest jak w Ewangelii. Historie wartkie, obrazowe – ale nie każdy (a może tylko wybrani) są w stanie odczytać przesłanie, jakie za nimi stoi.

Pielewin urasta na mój literacki numer jeden – absolutny numer jeden. Lekarstwo na to, że wszystko dookoła przegania mnie, wyprzedza i nie ogląda się, czy nadążam. Kogo mogę namawiam, zachęcam, pożyczam egzemplarze, opowiadam. To głębokie pokłady refleksji podane w dowcipny i inteligentny sposób. Ale i sensacja mknąca przez stronice jak ekspres. Ile kto może, tyle zyska i wyczyta.

Tym razem cała książka jest internetowym czatem pozornie w klimacie CUBE Vinzenza Natali. Zachęceni wstępem szukamy klucza do współczesnej interpretacji mitu o Ariadnie, Tezeuszu i Minotaurze. I kiedy wszystko zaczyna nam się składać w sensowną całość to i tak autor na końcu robi woltę, która wywraca wszystko do góry nogami. I znowu nie wiemy gdzie jesteśmy. I znowu możemy zaczynać wszystko od początku.

Mrzonki i upiory

Mrzonki i upiory

Lektura pamiętników i listów Norwida, „Dziwnego życia Sadyka Paszy” Jadwigi Chudzikowskiej, a także kilka dyskusji z osobami o zaskakującej (dla mnie) wiedzy na temat tamtych „czasów i zdarzeń” – krok po kroku zmieniało moje nastawienie do romantyzmu w ogóle. Wspominam też szkolne dyskusje o biednym Jimie, o jego decyzjach i sensach.

Dochodzenie do prawdy to proces. Jak dojrzewanie. Trudno oddziela się to co się zdaje, od tego co istnieje rzeczywiście. Marzenia można przekuć w cel, inaczej pozostaną mrzonkami. Wymaga to cierpliwości, czasu, poświęcenia, pracy. Można dojrzeć bardzo późno (rewelacyjne „Wszystkie odloty Cheyenne’a”)- ważne, żeby zdążyć. Bo można nie dojrzeć nigdy (Lord Jim). I wiecznie uciekać, żyć przeszłością i poświęcać idei – depcząc przy tym najbliższych przyjaciół i rodzinę (co gorsza, akurat to zwykle uchodzi bezkarnie).

Błąd, pomyłka, wstyd, strata dobrego imienia – to jeszcze nie koniec świata. Póki żyjemy. Ale – „niepodobna zabić upiora faktu. Można tylko stawić mu czoło”. Bez tego nic. Nie zastąpi tego wymyślna ekspiacja, z ucieczką na koniec świata, dla stworzenia Arkadii. Kto szczerze chce pokuty, niech bezimiennie szuka klasztoru i służby ubogim – a nie bawi się w cesarza. Bo jeśli o kimś mówią, że jest dobrym królem, to na pewno kiepski z niego władca. A on sam, jego kraj i poddania są bezbronni i narażeni na każde zło.

Co dzisiaj mówi do mnie Conrad?

Życie jest piękne!

Byle tylko nie dać w nim rządzić mrzonkom i upiorom.