Demon ruchu

Demon ruchu

Inaczej czytam dziś Grabińskiego. Już nie historie pełne grozy, ale język skupia myśli, zatrzymuje rytm lektury. Smakuję budowę zdań, dobór słów już zapomnianych, wypadłych z użycia, rzadko obecnych w słowie pisanym, nieistniejących w języku mówionym. Ich soczystość, wyrazistość, opisowość tworzy obrazy magiczne. Działa na wyobraźnię. Bardzo to wszystko pasuje do zbioru opowiadań, które łączy idea ruchu, pędu, szybkości. Parowe lokomotywy i dawna kolej bardzo mocno oddziaływała za zmysł słuchu i wzroku. Przeczucie życia tkwiącego w takiej maszynie przemawiała mocniej niż dzisiejszy lęk przed samoświadomością, która może urodzić się w elektronowym mózgu i obrócić się przeciw człowiekowi.

 

Dobrze, że Grabiński jest obecny w wydaniach papierowych i elektronicznych. To chyba znak, że nadal chcemy go czytać. Może już nie po to, żeby się bać. Ale po to, żeby dotknąć czegoś, co nie da się nazwać, co wymyka się jednoznacznym określeniom, zostawia niepewność, zdziwienie, zasłuchanie w odgłosy jadącego w oddali pociągu. I choć nie ma już charakterystycznego stukotu wagonów na złączach szyn, coś z Demona Ruchu nadal tu żyje.

Demon ruchu

Stefan Grabiński – Demon ruchu

  • Głucha przestrzeń

  • Smoluch

  • W przedziale

  • Wieczny pasażer

  • Fałszywy alarm

  • Demon ruchu

  • Maszynista Grot

  • Sygnały

  • Dziwna stacja

  • Błędny pociąg

  • Ślepy tor

  • Ultima Thule

  • Enagramy Szatery

Reportaż z Wielkiego Miasta

Reportaż z Wielkiego Miasta

 

Wiem już, że język może całkowicie uwieść czytelnika. Miałem to czytając Prusa. Ale żeby przeżywać coś takiego znowu!

Ziemia obiecana to historia opowiedziana filmowo. Postać głównego bohatera przewija się co rusz na kolejnych stronach powieści, ale tak naprawdę wędrujemy przez Łódź za dociekliwym, uważnym i spostrzegawczym reporterem. Trafiamy za autorem na samo dno nędzy ludzkiej i przechadzamy się wśród bogactwa, którego nie ma nawet jak spożytkować. Przed oczami pojawiają się wciąż nowe osoby. Ich opis – a także opis miejsc i zdarzeń jest tak celny, że nie ma najmniejszych problemów z zobaczeniem wszystkiego tak, jak widział to autor.

Zewnętrzny obraz to tylko jedna – choć doskonale przedstawiona – warstwa powieści. Reymont równie swobodnie opisuje emocje, uczucia i myśli osób, które pojawiają się na stronach jego historii. I jest to prawdziwa „komedia ludzka”.

Nie ma również problemów z usłyszeniem wszystkiego co słyszał autor. To słyszenie to jakby osobna warstwa treści. Opisywana technika to życie, siła, moc. Pulsuje w maszynach, a maszyny żyją w oku i uchu Reymonta. Reporterska gorączka osiąga szczyt w scenie nagłego powrotu Karola Borowieckiego z Berlina do Łodzi.

Chwilami miałem wrażenie, że przyglądanie się ludziom jest tu ważniejsze od samej akcji. A cała historia to pretekst, do żywej, dotykalnej i namacalnej i bardzo, bardzo prawdziwej opowieści o ludziach wielkiego miasta.

 

Bez zmian

Bez zmian

Sterta fiszek z nowymi tytułami, które warto byłoby przeczytać – w żaden sposób nie chce zmniejszyć swojej objętości. Przeciwnie stale rośnie. Mimo tego bez wyrzutów sumienia połknąłem starą jak świat klasykę.

Nadal przekonuje mnie jej wymowa. I pamięć, że najwięcej antywojennej literatury powstało po pierwszej, a przed drugą wojną światową. I to, że już w 1933, cztery lata po pierwszym wydaniu stała się w faszystowskich Niemczech książką zakazaną.

Przekonuje mnie.

W przeciwieństwie do doniesień o sukcesach polityków w działaniach na rzecz światowego pokoju.

Piołunowe ziele

Piołunowe ziele

Zdecydowanie szukam w swoim czytaniu jakiegoś oparcia. Zdumienia, zaskoczenia, wiedzy, odpoczynku, przypomnienia, emocji, kunsztu. Staram się nie angażować w książki, które mi tego nie proponują.

Z „Upadkiem” mam problem wyjątkowy. Porównując ten utwór z kilkoma innymi i znanymi (Dżuma, Obcy, opowiadanie Gość) nie mam wątpliwości, że jest to najbardziej złożony, przemyślany w najmniejszym szczególe utwór. Do tego skondensowany tak, że niemal każde zdanie i scena mają ogromną wartość i mnóstwo treści w sobie. I to jest wspaniałe, głębokie i niesamowite.

Za to nie mogę poddać się samym słowom i treści książki. To nie jest mój świat. Nie trwanie, nie rozgoryczenie, nie cynizm, nie obojętność, nie żal do… ani zal za… .

Wolę wstawać, rozpoczynać, podnosić się, wprawiać w ruch. Po raz piąty, po raz setny. Jeszcze raz i jeszcze raz…. Wolę się dziwić – za każdym razem jakby po raz pierwszy. Wolę próbować trzymać emocje na wodzy i wybierać malutkie dobro w miejsce słusznego oburzenia i „świętego” gniewu.

Od kiedy babcia pierwszy raz zaaplikowała mi napój z piołunu wiem, że to doskonałe lekarstwo na dolegliwości żołądkowe. Ale nie istnieje po to, żeby pić go codziennie w miejsce herbaty, kawy czy wody. UPADEK to piękna książka, ale gorycz jaka z niej wypływa ma zbyt dużą dla mnie dawkę. A za dużo lekarstwa na raz działa jak trucizna.

Witkiewicz

Witkiewicz

W głowę zachodzę, a nawet jeszcze dalej, co to ma znaczyć (Gyubal Wahazar)

Od skupiania się na – czasem może już boleć głowa. Ciągle tylko mówić i pisać mądrze, wyglądać dobrze, robić pozytywne wrażenie. Może warto od czasu do czasu pozwolić na strumień świadomości płynący swobodnie. Dziękuję panu, panie SIW za chwilę odpoczynku dla mojego małego rozumku.

Niech śmierdzi wszystko, niech się na śmierć ten świat zaśmierdzi i niech się het do cna wyśmierdzi – to może wreszcie zapachnie wreszcie. Bo w nim, takim jakim jest, wytrzymać wprost nie można (Szewcy)

Mrzonki i upiory

Mrzonki i upiory

Lektura pamiętników i listów Norwida, „Dziwnego życia Sadyka Paszy” Jadwigi Chudzikowskiej, a także kilka dyskusji z osobami o zaskakującej (dla mnie) wiedzy na temat tamtych „czasów i zdarzeń” – krok po kroku zmieniało moje nastawienie do romantyzmu w ogóle. Wspominam też szkolne dyskusje o biednym Jimie, o jego decyzjach i sensach.

Dochodzenie do prawdy to proces. Jak dojrzewanie. Trudno oddziela się to co się zdaje, od tego co istnieje rzeczywiście. Marzenia można przekuć w cel, inaczej pozostaną mrzonkami. Wymaga to cierpliwości, czasu, poświęcenia, pracy. Można dojrzeć bardzo późno (rewelacyjne „Wszystkie odloty Cheyenne’a”)- ważne, żeby zdążyć. Bo można nie dojrzeć nigdy (Lord Jim). I wiecznie uciekać, żyć przeszłością i poświęcać idei – depcząc przy tym najbliższych przyjaciół i rodzinę (co gorsza, akurat to zwykle uchodzi bezkarnie).

Błąd, pomyłka, wstyd, strata dobrego imienia – to jeszcze nie koniec świata. Póki żyjemy. Ale – „niepodobna zabić upiora faktu. Można tylko stawić mu czoło”. Bez tego nic. Nie zastąpi tego wymyślna ekspiacja, z ucieczką na koniec świata, dla stworzenia Arkadii. Kto szczerze chce pokuty, niech bezimiennie szuka klasztoru i służby ubogim – a nie bawi się w cesarza. Bo jeśli o kimś mówią, że jest dobrym królem, to na pewno kiepski z niego władca. A on sam, jego kraj i poddania są bezbronni i narażeni na każde zło.

Co dzisiaj mówi do mnie Conrad?

Życie jest piękne!

Byle tylko nie dać w nim rządzić mrzonkom i upiorom.

Obrazowy, prawdziwy, wspaniały

Obrazowy, prawdziwy, wspaniały

Ile razy sięgnę po Hemingway’a mam potrzebę powtórzenia zachwytu nad żywością i obrazowością jego języka. Pochylenia się nad jego niezwykłą umiejętnością łączenia słów w zdania w sposób, który nadal zachwyca w tłumaczeniach. Te wersy są warte czytania bez względu na to, co opisują.

Powrót do KOMU BIJE DZWON ucieszył mnie tym razem czymś jeszcze. Powieść odczytałem jak relację reporterską, w której akcja pojawia się tylko po to, żeby dać autorowi większą swobodę prezentacji myśli, obrazów, opisać napotkanych ludzi i zdarzenia. Elementy spajane sensacyjną fabułą były teraz ciekawsze od samej treści, którą przecież już znałem. Historia jak w NOCNYCH WĘDROWCACH Jagielskiego, z licznymi, prawdziwymi postaciami i zdarzeniami „zagęszczonymi” jedynie do grupy bohaterów książki i ich losów.

Lata mijają, opisane wydarzenia są coraz bardziej odległą historią. A książka nic się nie zestarzała. Dalej jest świeża, żywa, barwna i soczysta.