Zielone piekło

Zielone piekło

Mimo młodego wieku reportera, po lekturze jego dziennika podroży (wyprawy) można się zorientować, że nie tyle dobrze się zapowiadał – co już dysponował doskonałym zmysłem obserwacji i świetnym piórem.

Jedna strona książki to żywy obraz podzwrotnikowej dżungli, reporterskie opisy i fotograficzny obraz żyjących tam ludzi. (Tak na marginesie: o ile rdzenni mieszkańcy są obrazem przystosowania, o tyle biali są tam całkowicie obcy). Druga – to zapiski, których celem jest zachowanie i utrzymanie psychiki autora w formie. Ale nie jest to dla niego łatwe.

Opisywany świat wzbudza zachwyt, zdziwienie – a czasem przerażenie. Za to fragmenty, które są wchodzeniem w psychikę autora, przypominają patrzenie na himalaistę zapadającego na postępującą chorobę wysokościową. Kogoś kto nie potrafi już ocenić realnie sytuacji. I jedyne co może – to podtrzymywać się na duchu za wszelką cenę.

Czy po tylu latach od napisania dziennika mamy prawo nadal się nim emocjonować? I przyglądać się jak umiera człowiek?

Raymond Maufrais – Zielone piekło

zielone-pieklo

 

Cyrk

Cyrk

Tym razem efekt reporterskich wypraw na koniec świata nie rozpalał czytelniczej ciekawości w tematach życia i zwyczajów odległych, dziwnych ludów. Było odwrotnie i mocno refleksyjnie. Patrzyłem na rytm życia bohaterów, ich postępowanie, szukanie harmonii, dążenie do celu, nadawanie sensu codziennej pracy. A w tym świetle to Europa wydawała mi się dziwnym i nienaturalnym miejscem.

Trochę rezerwat, trochę dziwowisko, trochę lunapark.

Do tego ludzie i ich postępowanie dziwnie sztuczne i nieracjonalne.

Nielogiczne i sprzeczne z naturą (także z ludzką naturą).

Wybryk taki.

Cyrk.

 

Andrzej Muszyński – Południe

poludnie_muszynski

Jadąc do Babadag

Jadąc do Babadag

Dla Stasiuka prawdziwe życie toczy się na peryferiach. I bez znaczenia jest jak akurat nazywa się kraj, w którym jesteśmy. Ani jakim językiem mówią jego mieszkańcy. To nie jest wędrówka po Europie klasy B, choć taką interpretację zawartości książki można spotkać w niektórych recenzjach.

Opisywana rzeczywistość jest dziwna, groteskowa, śmieszna – ale tylko i tylko wtedy – kiedy naśladuje tą europejską cywilizację oglądaną w telewizji. Spokojne rozplątywanie ścieżek z myślami autora powoduje, że widzimy jak żałośnie może wyglądać nasze zachłystywanie się sztuczną i wydumaną poprawnością (polityczną i poglądową), we wszystkim i wobec wszystkich.

Autor ma przed oczami mieszkańców Polski, Ukrainy, Słowacji, Węgier, Rumunii, Słowenii, Albanii, Mołdawii, Chorwacji i Naddniestrza. Widzi ludzi przez ich obyczaje, zachowanie, mentalność. Zgromadzone w dzienniku podróży wspomnienia i myśli nałożone są na skrawki zdarzeń i obrazów. A najpiękniejsza w tej opowieści jest pewność czytelnika, że w oczach tego, który patrzy jest… miłość.

Andrzej Stasiuk – Jadąc do Babadag

Pisarz by tego nie wymyślił

Pisarz by tego nie wymyślił

Los to historia jednego człowieka, historia to życie nas wszystkich. Chcę opowiedzieć historię w taki sposób, żeby nie stracić z oczu losu pojedynczego człowieka. Los bowiem sięga dalej niż jakakolwiek idea.

Jak autorka sama napisała – kiedy wszyscy pisali o Czernobylu, ona nie chciała pisać kolejnego horroru z elektrownią w roli głównej. Książka powstała 10 lat później. Składa się z pojedynczych historii, świadectw – pełnych emocji, uczuć, refleksji. To bardziej przejmujący obraz niż jakikolwiek horror radioaktywny. Za to efekt grozy daje milczenie pani Swietłany. Bohaterowie mówią w jej obecności, zwracają się do niej, ale ona sama milczy. Tylko słucha.

Historie są naprawdę różnorodne i – choć trudno to sobie wyobrazić – napięcie rośnie do samego końca i finału, który zwala z nóg.

W pewnym miejscu autorka spotyka się z ludźmi, którzy osiedlają się w skażonej strefie uciekając przed wojną. Ten fragment polecam wszystkim krzykaczom broniącym kraju przed uchodźcami.

Pamiętam tylko, że tam pojechałem, a więcej nic. Wszystko zapomniałem. Na trzeci rok po wyjściu do cywila coś mi się stało z pamięcią… Nawet lekarze nie wiedzą co… Nie mogę przeliczyć pieniędzy – mylę się. Tułam się po szpitalach.

***

Zwierzęta mieszkały w domach, szkołach, w klubach, gdzie wisiały plakaty:”Naszym celem szczęście całej ludzkości”, „Światowy proletariat zwycięży”, „Idee Lenina wiecznie żywe”. A w biurach kołchozowych czerwone sztandary, nowiutkie proporce, sterty dyplomów z wytłoczonymi na okładce profilami przywódców, na biurkach gipsowe popiersia. Wszędzie wojenne pomniki Armii Czerwonej. Innych nie spotkałem. Naprędce sklecone chałupy, szare betonowe obory, zardzewiałe zbiorniki na siano (…)

I to jest nasze życie? – pytałem sam siebie po obejrzeniu wszystkiego innymi oczami – Czy my tak żyjemy?

***

Wróciliśmy do domu. Wszystko z siebie zdjąłem, całe ubranie, które tam na sobie miałem i wyrzuciłem do zsypu. A furażerkę podarowałem małemu synkowi. Bardzo prosił. Potem nie chciał jej zdejmować. Po dwóch latach postawili mu diagnozę. Rak mózgu. Teraz może pani sama dokończyć. Nie chcę o tym mówić.

***

Mechanizm zła będzie zawsze działał i podczas apokalipsy. Zrozumiałem to. Ludzie tak samo będą plotkować, schlebiać przełożonym, ratować telewizor i futro z karakułów. Nawet gdyby nastąpił koniec świata, człowiek pozostanie taki, jaki jest teraz. Zawsze.

Witraż

Witraż

Na co dzień jeży mi się włos od treści, które lajkują niektórzy znajomi.

Nie ze względu na poglądy i opcje, ale bardziej na pustotą twórców tych wpisów.

NIEDZIELA, KTÓRA ZDARZYŁA SIĘ W ŚRODĘ to dobry kontrast do takich treści.

A przy tym lektura obowiązkowa dla wszystkich niezadowolonych.

Dla tych którzy zapomnieli.

I dla tych, którzy nie mają czego pamiętać.

A to Polska właśnie.

Szanuję reporterów za ich przezroczystość.

Cenię również za to, że potrafią mieć własne zdanie.

Najlepsi tworzą obraz zlepiony z okruchów prawdy.

Dobry reportaż jest jak witraż, który pozwala zobaczyć z daleka i pod światło coś,

czego zupełnie nie sposób zobaczyć z bliska.

Na dodatek to piękny widok.

Smutno

Smutno

Trochę za późno, od chwili napisania, książka trafiła w moje ręce. I bez niej wiedziałem, jakim alogicznym i bezsensownym systemem jest komuna.

Co można myśleć o kraju, który perfekcyjnie i konsekwentnie zdeptał w proch całą swoją kulturę. Zaparł się jej i wymazał z głów nowych pokoleń. Co myśleć o ludziach, którzy lepią teraz ocalałe resztki bez ładu i składu – za to ku uciesze i fascynacji zagranicznych turystów.

To bardzo smutne reportaże. Nie ma powodu sądzić, że zdarzenia opisywane w poszczególnych historiach są dobrane tendencyjnie, złośliwe – z celową szkodą dla bohaterów. Z drugiej strony żal autora – Europejczyka zakochanego w Kraju Środka, widoczny jest prawie na każdej stronie. Podzielam ten smutek. Ale dodaję do niej złośliwą nutkę. Żaden system ideologia, pogląd – który nie jest w stanie uszanować przeszłości, który nie zachowuje i nie buduje szacunku do ludzi – nie jest warty mojego podziwu, ani nawet uwagi.

Reporter – definicja

Reporter – definicja

Patrzymy na Niemcy jesienią 1946. Niemcy oglądane oczami zagranicznego reportera. Człowieka, który oprócz oczywistych faktów i zdarzeń widzi jeszcze drgnienie warg, cień lęku na twarzy, złotą spinkę do krawata i brudny paznokieć. Autora, który czuje zapach potu i dostrzega spojrzenie głodnego człowieka. Widzi też szeroko, perspektywicznie, w kontekście. Jednocześnie powstrzymuje się od ocen, interpretacji, sugestii.

Po tej książce nabrałem apetytu na antologię reportażu Szczygła. Bo dobry reportaż nie ma złego czasu ani złego miejsca. Dobry reportaż będzie świetny niezależnie od tego gdzie, o czym, przez kogo i jak dawno napisany.