Moje życie z Mozartem

Moje życie z Mozartem

Mam w swojej biblioteczce książki z podkreśleniami, uwagami i dopiskami dobrej przyjaciółki. Zaglądając do nich widzę nie tylko treść podaną przez autora, ale również emocje i myśli ważnego dla mnie czytelnika. Mam ich tam oboje.

Pomysł wydania razem z muzyczną płytą bardzo osobistej książki zawierającej wyimaginowane listy Schmitta do Mozarta jest doskonały. Listy to znaczące zdarzenia z życia autora – i to od jego młodości – które nierozerwalnie związały się z konkretnymi utworami Mozarta. Maleńki tomik można przeczytać błyskawicznie. Jednak możliwość wsłuchania się w muzykę wspartą wyznaniami Schmitta sporo zmienia.

Pamiętam jak bardzo przeszkadzał mi brak wiedzy muzycznej w odbiorze i smakowaniu DOKTORA FAUSTUSA Tomasza Manna. Tu nie ma podobnego problemu.

Słowa książki są znacznie jaśniejsze. Emocja autora bardziej czytelne. Muzyka przestaje być anonimowym tłem, nabiera osobistego charakteru, wyrazistości, mocy i głębi. I jest najzwyczajniej piękniejsza. I chociaż książka skończona już dawno to płyta nadal tkwi w odtwarzaczu.

Słucham jej.

I są tam obaj.

Eric Emmanuel Schmitt i Wolfgang Amadeusz Mozart.

Razem.

 

Eric Emmanuel Schmitt – Moje życie z Mozartem

moje_zycie_z

Reklamy

BAŚŃ O POJEDNANIU

BAŚŃ O POJEDNANIU

Tuż za przejściem granicznym w Boboszowie (Kotlina Kłodzka), w miejscowości Kraliky – a właściwie obok, na malowniczej górze jest stary kościół i klasztor. Dawniej miejsce pielgrzymek, potem w komunistycznej Czechosłowacji więzienie dla księży i zakonników. Dzisiaj znowu w rękach czeskich chrześcijan. Wjeżdżając na górę mija się cmentarz. Zwiedzaliśmy kościół, klasztor, muzeum, okolicę. Zaniosło nas też na cmentarz. A tam…

Obok siebie nazwiska niemieckie i czeskie. Groby zakonne i świeckie. Daty pochówku odległe o „set” lat i takie z przełomu XX i XXI wieku. Groby z krzyżami, a między nimi groby z mirtami i różami zamiast symboli religijnych. Świeżutko odnowione i prawie zupełnie zapomniane. Prawie, bo nawet połamane płyty ktoś próbował starannie złożyć w całość. Wszędzie przyzwoicie utrzymana trawa, gdzieniegdzie ozdobne krzewy. Zaskakująca dla mojej polskiej głowy zgoda zmarłych usankcjonowana przez żywych. Utopia, która stała się realna na moich oczach.

20160911_170945

To co zobaczyłem w Kralikach zupełnie zmieniło mi sposób odbierania WRÓŻB KUMAKA Guntera Grassa. Historia to wspaniały misz – masz! Dojrzała miłość wdowca – Niemca urodzonego w Gdańsku i przesiedlonego do zachodnich Niemiec – i wdowy Polki, przesiedlonej do Gdańska ze Lwowa. Zakładają Cmentarz Pojednania dla urodzonych na Pomorzu Niemców żyjących na całym świecie, który chcą być pochowani tam, gdzie się urodzili. Ale nie tylko oni. Są jeszcze spolszczeni Niemcy. A może raczej niemieckojęzyczni Polacy. A może po prostu rdzenni Kaszubi. Co za szczęśliwa historia. Co za szczęśliwe kraje i narody, w których polityka kończy się na cmentarzu. Dać prawo zmarłym do powrotu na swoje rodzinne ziemie.

Strasznie dużo ostatnio w mediach i na ulicach różnych okrzyków przeciw tym i przeciw tamtym.

A mnie podoba się używanie rozumu. Podobają mi się wątpliwości. Podoba mi się szukanie człowieka po drugiej stronie zdarzeń.

Wymyślona przez Grassa historia jest piękną baśnią o pojednaniu. Autor nie był na tyle naiwny by prowadzić wszystkie możliwe wątki do pełnego happy endu, ale to co chciał powiedzieć brzmi bardzo wyraźnie, głośno i jasno. I nie jest tak do końca niemożliwe. Wystarczy zobaczyć stary klasztorny cmentarz w Kralikach.

20160911_171117

***

Jak to śpiewał kiedyś Andrzej Garczarek? „Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał. Wrogów poszukam sobie sam…” Mam coraz większą ochotę sięgnąć po podobne w duchu do WRÓŻB KUMAKA – książki. Może po SPRAWIEDLIWYCH ZDRAJCÓW Szabłowskiego? To o Ukraińcach ratujących Polaków podczas rzezi Wołyńskiej. A może jakaś pozycja autorstwa Żyda Polaka? Na przykład coś Josepha Rotha?

Gunter Grass – Wróżby kumaka

wrozby-kumaka

ZNAK CZASU

ZNAK CZASU

ŚRODOWISKO NATURALNE. KORZENIE to książka, której bardzo potrzebowałem. Jedna z tych, które przywraca prawdziwe znaczenie podstawowym słowom.

Wdzięczność

Kiedy mamy lat „naście” czy dwadzieścia parę, jesteśmy bardzo bystrzy i surowi w ocenach. Jeśli komuś zaufamy – czerpiemy wtedy wzorce z jego życia. Jego postępowaniem nasiąkamy.

Książka powinna nosić tytuł WDZIĘCZNOŚĆ. Tym razem profesor nie mówi o sobie. Za to jego fenomenalna pamięć pozwala przypomnieć i spotkać ludzi, którzy w kluczowym momencie jego życia okazali się najważniejsi. Mówi o innych. Kolegach, koleżankach, nauczycielach, wychowawcach, dowódcach i konspiratorach.

Początek

Bez domu rodzinnego i wychowania nie byłoby odpowiednich podstaw. Ale to Auschwitz i ludzie, którzy zajęli się młodym człowiekiem złamanym pobytem w obozie są pierwszymi bohaterami tej książki. Ogromne wrażenie robi wspomnienie o księdzu Janie Ziei – i spowiedzi jaką młody Władek złożył właśnie przed nim:

– Wyszedłeś z obozu żywy, bo Bóg chciał, żebyś przeciwdziałał złu, które poznałeś. To wielka łaska. Łaska i dług, który musisz spłacić. Wysnuj z tego wnioski. Pomyśl o tych, którzy żyją za murem…

Fotografie

Drobiazgowo i ze szczegółami przypomniane i przedstawione zdarzenia, zlepione skrupulatnie w całość pokazują niesamowitych ludzi, inteligencję zaangażowaną w opór przeciw okupantowi – od uczniów i studentów przez kadry nauczycielskie, prawników po emerytów. Mnogość organizacji partyjnych we wszystkich możliwych kolorach i odcieniach poglądów. Ogrom pracy i sposobów walki. I ta nieprawdopodobna z dzisiejszego punktu widzenia umiejętność dogadywania się ze sobą ze względu na wyższe dobro – ocalenie życia ludzi z likwidowanego getta.

Postawa

Spotykamy tu ludzi wielkiego formatu. Dziewczęta i chłopców skazywanych na śmierć za odmowę wydania „spiskowców”. Bohaterów, którzy nawet w wolnej Polsce nadal milczeli o swoich pracy i jej efektach. A nawet wywołani przed szereg przypisywali zasługi innym – często sobie nawzajem. Co za kontrast z postawą osób, które – kiedy mogły – „nie zdążyły” nic zrobić. Za to teraz przypisują sobie cudze zasługi….

Życie

Mnóstwo drobiazgów przekłada się na codzienność okupacji i ruchu oporu. Z jednej strony ocierania się o śmierć w pracy na rzecz Żydów. Zagrożenie od Polaków denuncjatorów, kolaborantów, szantażystów. Strach, których jednych paraliżował – innych popychał do działania.

Ogromne wrażenie zrobiły na mnie informacje przemycane często mimochodem „na marginesach” i między wierszami książki. Jak cenna i ważna była rola ludzi… pracujących dla okupanta. O kogo chodzi? O strażników więziennych, lekarzy, pielęgniarki pracujące na Pawiaku i w niemieckich więzieniach. O Polakach w granatowej policji przekazującej informacje do ruchu oporu. O prowadzących lokale i sklepy „nur fur Deutsche”, gdzie przechowywano opozycyjne materiały – a czasem nawet ukrywano ludzi. Jak żałośnie wyglądają w tym świetle utyskiwania na „kolaborację” opozycji PRL z komunistyczną władzą.

***

Jak wszedłem w posiadanie książki?

Przypadkowa wizyta w księgarni Matras.

I zakup z przeceny pozycji szytej, w twardej oprawie za… niecałe 10 zł

Znak czasu?

Władysław Bartoszewski – ŚRODOWISKO NATURALNE. KORZENIE

srodowisko-naturalne-korzenie-b-iext38711670

Zapisz

Smak soli

Smak soli

Największe powieści Waltariego zawsze były dla mnie historiami o człowieku, opowiadanymi przez kogoś o ogromnej wrażliwości, delikatności, cierpliwości. Na dodatek podanymi w formie historii snutych przez wyjątkowego bajarza. Tak proponowane: miłość, cierpienie, tęsknota – nie były wcale sztuczne, ckliwe, nudne. Przeciwnie. Przyciągały i porywały.

W krótkim OBCY PRZYSZEDŁ NA FARMĘ zderzamy się z dosłownością. W tej książce nie ma miejsca na łagodne otoczki. Ból, zmęczenie, starość, nienawiść, nałóg – nie udają czegoś innego. Ale są dokładnie tym co oznaczają.

Waltari w ciężkiej fizycznej pracy, zmaganiu z przyrodą widzi prawdziwą wartość. Życie miejskie leży na przeciwnym biegunie. Jest źródłem obłudy, pustki, niepokoju, kłamstwa. Wszystko czytelnie widać je w konkretnych postawach opisywanych postaci. Kiedy wreszcie pojawia się nadzieja na lepsze jutro – musi dojść do konfrontacji

Mika Waltari – Obcy przyszedł na farmę

Oddział chorych na raka

Oddział chorych na raka

Życie to nie obiecywało mu niczego, co uważali za najważniejsze i o co zabiegali mieszkańcy tego wielkiego miasta; ani mieszkania, ani majątku, ani sukcesów zawodowych, ani powodzenia, ani pieniędzy – niosło jednak inne niesłychane radości – prawo do stąpania po ziemi tam, gdzie się chce, nie na rozkaz; prawo do chwili samotności; prawo do patrzenia w gwiazdy nie zaćmione reflektorami zony, prawo do gaszenia światła i snu w ciemności; prawo wrzucania listów do skrzynki , prawo do odpoczynku w niedzielę, prawo do wykąpania się w rzece i jeszcze wiele innych praw (…) I wszystkie te cudowne prawa przywracały mu wyzdrowienie.”

Żeby odbierać całą grozę prozy Sołżenicyna, trzeba mieć wiedzę i… kręgosłup etyczny. W KRĘGU PIERWSZYM za autorem spotykaliśmy i przyglądaliśmy się z bliska życiu i wnętrzu więźniów, ich rodzinom, strażnikom. Tym razem jesteśmy na oddziale szpitala onkologicznego. Rak przecież nie liczy się ani z zasługami, ani wykształceniem. Za autorem przyglądamy się pacjentom i personelowi. Ale przede wszystkim jesteśmy w Rosji Radzieckiej, w wielkim obozie koncentracyjnym gdzie wszyscy pilnują siebie nawzajem i siebie nawzajem boją.

Rzymianie mówili – testis unus – testis nullus, jeden świadek – to nie świadek. A w dwudziestym wieku nie potrzeba nawet tego jednego. Wystarczy donos.”

Aleksander Sołżenicyn – Odział chorych na raka

Bajki?

Bajki?

Spodziewałem się bajki dla dzieci. Może nieco bardziej intelektualnej. Znalazłem coś innego. Zupełnie.

Trochę głupio musiałem wyglądać siedząc w pociągu relacji Wrocław – Kudowa z bogato ilustrowanym tomem OPOWIEŚCI Z NARNII. Na prawo jechali dziadkowie z wnuczkiem, żywo komentując mijany świat za oknem. Naprzeciwko mnie – o co najmniej „naście” lat starsza pani patrzyła w ekran elektronicznego czytnika. Ale i tak nie mogłem się powstrzymać.

Motywacja do powstania Opowieści była ściśle religijna. Szczerze i prosto wygląda to w LWIE CZAROWNICY I STAREJ SZAFIE. Za to dalej…

Chrześcijaństwo Lewisa w tych opowiadaniach dla dzieci nie ma prostego przełożenia na religijne schematy. Jest dotknięciem człowieka zaskoczonego wiarą i jej jasnym, logicznym pojmowaniem głową. Jest w niej obraz osoby doświadczonej żywą obecnością działającego Boga.

Ciekawe. Żeby podzielić się swoją drogą na mistyczną Górę Karmel wystarczyło napisać bajkę.

 

Cztery zmierzchy

Cztery zmierzchy

…często w nocy zdawało mi się, jakbym wszystkie książki, które w swym życiu przeczytałem kładły się na mojej piersi i nie pozwalały oddychać

Kiedy znany i ceniony pisarz tworzy historię o sobie samym, można spodziewać się humorystycznego spojrzenia na siebie, publicznej spowiedzi, bardziej lub mniej podkręconego peanu na swoją cześć.

…w tym szczerym opowiadaniu usiłowałem jednak przedstawić rzeczywistość, bo moim zdaniem pisanie nie rekompensuje trudów, jeśli nie będzie się człowiek starał powiedzieć prawdę

Na szczęście u wielu ludzi przekraczanie wieku średniego i zbliżanie się do jego górnych stref wiąże się ze wzrostem cierpliwości, łagodności, szczerym spojrzeniem na własne wady, błędy, głupotę.

coś gorzko we mnie łkało i pragnąłem, by pies był obok i strzegł mego snu, by ktoś choćby obcy, wziął mnie za rękę, abym mógł zasnąć. Ale ludzie niechętnie trzymają dłoń kogoś obcego, choć często i namiętnie się całują. Dlatego sądzę, że ręką można dużo więcej powiedzieć niż ustami…

Z przyjemnością przyglądałem się z bliska człowiekowi, którego znałem i domyślałem się przez najpiękniejsze momenty Egipcjanina Sinuhe, Mikaela, Czarnego Anioła, Turmsa nieśmiertelnego.