Pacyfista na zawsze

Pacyfista na zawsze

Ze słaby entuzjazmem podchodzę do większości zbiorów wystąpień, przemówień, felietonów. Ulubiony autor ma prawo pisać również rzeczy słabsze. To nie jest wystarczający powód, żeby rzucać się na taką pozycję książkową na sam widok jego nazwiska na okładce.

Z „Wampeterami” jest na szczęście inaczej. Autor sam dokonał wyboru i zdecydował przekazać czytelnikom dokładnie to, co uznał za wartościowe i ponadczasowe. To, z czym nadal się zgadza i utożsamia.

Nie zachwyca mnie ten typ literatury. Za to coraz bardziej przepadam za człowiekiem, który ją tworzył. Lubię jego błyskotliwy, gorzki humor. Ogłasza prawdy ważkie, istotne. Nie załamuje rąk nad brakiem reakcji i obojętnością słuchaczy. Woli zamienić wypowiedź w żart, pozornie ośmieszyć samego siebie. Ale to chyba mechanizm obronny ludzi inteligentnych, wrażliwych, samotnych. Po co więc nieustannie powtarza światu to samo? Bo nie chce i nie potrafi zrezygnować z mówienia prawdy. A w „trudnej sztuce rzucania grochem o ścianę”* – jest już mistrzem.

* Zwrot „trudna sztuka rzucania grochem o ścianę” zaczerpnąłem od Stefana Chwina z wywiadu, którego udzielił niedawno Tygodnikowi Powszechnemu

Wampetery

Kurt Vonnegut – WAMPETERY, FOMA I GRANFALONY

Reklamy

Ból głowy

Ból głowy

Panowie z kabaretu TEJ mówili w jednym skeczu:

– Oglądałeś CZTERECH PANCERNYCH?

– Gdybyśmy trzy takie czołgi mieli, to byśmy sobie sami tę wojnę wygrali.

Był taki szczęśliwy czas, że zaprzestano wyświetlania tego serialu w TV przez zarzut przedstawiania fałszywego obrazu wojny.

„Rzeźnia” w niektórych opisach pojawia się z tagami „humor”.

To niesmaczne skojarzenie.

Za to forma, jaką nadał jej Vonnegutt jest jak najbardziej trafna – absurd.

Tylko tak udało mu się wyrzucić z siebie to, co widział i przeżył.

Jeśli wierzyć Wikipedii – próbował 20 lat.

Inaczej można tylko pić, łykać proszki.

I próbować zagłuszyć krzyki we własnej głowie.

Ślepota i niepamięć

Ślepota i niepamięć

„Liczyłem na to, że w swoich audycjach będę po prostu śmieszny, ale niełatwo jest być śmiesznym na tym świecie, gdzie tylu ludzi nie zdradza ochoty do śmiechu, nie zdradza ochoty do myślenia, a za to chętnie wierzy, szczerzy kły i nienawidzi”

Tym razem Vonnegut (mój Vonnegut) nie porusza się po swoich zakręconych światach. Próbuje być realistą do bólu. Książka to wspomnienia Amerykanina – spikera radiowego i dramatopisarza, który staje się głównym propagandzistą faszystowskich Niemiec podczas wojny i najbardziej znienawidzoną postacią w całym wolnym świecie. Jednocześnie jest jednak amerykańskim szpiegiem – co ostatecznie daje mu prawo do ocalenia życia po wojnie. Ale w takich sytuacjach nie ma prostych rozwiązań. I to co mogłoby być śmieszne (i w późniejszych książkach Vonneguta będzie śmieszne) – tu śmieszne nie jest.

„Jest mnóstwo rzeczy, o które warto walczyć. Ale nie ma żadnego powodu, żeby ślepo nienawidzić i wyobrażać sobie, że Bóg wszechmogący nienawidzi razem z tobą. Gdzie jest zło? To ta niemała część każdego człowieka, który chce nienawidzić bez ograniczeń i mieć Boga po swojej stronie . To ta część każdego człowieka, dla której wszelka forma brzydoty jest tak pociągająca. To ta skretyniała część każdego z nas, która feruje wyroki, wymierza kary i dąży do wojny”.

Tak się składa, że seria ostatnich lektur nie nastraja optymistycznie.

Chociaż nie – lektury są OK.

Kontekst nie nastraja.

Ślepota nie nastraja.

Rosyjskich elit. Głów europejskich państw. Mądrych tego świata.

I niepamięć też nie nastraja – o historii Europy XX w.

Niepamięć o tym co w literaturze – u Orwella, u Sołżenicyna.

Niepamięć o takim panu, który zamienił niemal dwa kontynenty w obóz koncentracyjny.

Stalin się nazywał.

Róbmy swoje

Róbmy swoje

To jest właśnie jeden z problemów tego kraju – powiedział senator patrząc na dezodorant – ci specjaliści od reklamy sprawili, że wszyscy bardziej przejmujemy się swoimi pachami niż Rosją, Chinami i Kubą razem wziętymi.

Marek Oramus napisał kiedyś, że bohaterem wszystkich książek Vonneguta jest Życie. W oczach KV nie ma ono koloru różowego. Ale co ciekawe – akurat w moim przypadku – bardziej niż naturalistyczne opisy zła, czy przemówienia pełne wzniosłych słów otrzeźwia i oczyszcza spojrzenie na świat i ludzi śmieszno-gorzka groteska widoczna w powieści na każdym kroku.

Czy to pocieszające, że skoro wciąż widzimy chorobę, to jeszcze nie daliśmy się zwariować? Tak naprawdę to zwariowaliśmy już dawno – a swoje szaleństwo spokojnie nazywamy normą. I jak w „Rewizorze” – jeśli czytając z kogoś się śmiejemy, to tylko z siebie samych.

„Dzisiaj” to świat 50 lat później od opisywanego – a nic się nie zmieniło. Chciwość, hipokryzja i szaleństwo. I w tym całym bałaganie Kurt Vonnegut ze swoją powieścią – jak żywcem wyjęty z piosenki mistrza Młynarskiego.

„Róbmy swoje,
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
Bo dopóki nam się chce,
Drobiazgów parę się uchowa:
Kultura, sztuka, wolność słowa, dlatego
Róbmy swoje,
Róbmy swoje,
Może to coś da? Kto wie?… „

Amen

Amen

Bardzo podoba mi się fantastyka lat 50. rodem z USA – śmieszna i tragiczna, opozycyjna do hurraoptymistycznego kosmicznego socjalizmu. Gdzie mieliśmy międzyplanetarny internacjonalizm z kagankiem oświaty niesionym obcym cywilizacjom. A przy okazji „międzycywilizacyjną” sprawiedliwość społeczną.

Już kiedyś pisałem, że Vonnegutowi wolno wszystko. I wątpić; i podważać; i mieszać w swoich historiach bez opamiętania. Kpić i komplikować. Dawać wyraz totalnej bezsilności człowieka wobec losu, pisać o braku sensu, celu życia. Jest śmiesznie, zaskakująco, ale chwilami strasznie. I przykro. Ale nie do końca beznadziejnie.

Tak długo trwało, zanim uświadomiliśmy sobie, że celem ludzkiego życia – niezależnie od tego kto nim steruje – jest darzenie miłością tego, kogo akurat mamy pod ręką.

Amen

Marskość serca

Marskość serca

Jakbym trafił na maraton filmów latającego cyrku Monty Pythona. Abstrakcyjny i czarny humor w takim natężeniu wydawał się być nie do zniesienie. Wydawał się… ale tylko przez pierwsze 20 – 30 stron.

Że niby KOCIA KOŁYSKA to księgą nieistniejącej religii; społeczna satyra; historia człowieka – jego wyborów i konsekwencji?

A może wszystko to razem?

Nie wiem.

Za to wiem, że autor przeżył wojnę w Ardenach, niewolę i dywanowe naloty na Drezno.

Wrócił do Stanów i próbował znaleźć swoje miejsce wśród ludzi.

Z kiepskim skutkiem.

Potem już tylko pisał.

Z taką przeszłością myślę, że niejedno mu wolno.

Tym bardziej, że logika jego historii jest żelazna.

Kpina – to wynik obserwacji ludzi i ich postępowania.

– Proszę pana, jak umiera człowiek pozbawiony pociechy literatury?

– Są dwie możliwości. Marskość serca, albo zanik systemu nerwowego.