Bajki?

Bajki?

Spodziewałem się bajki dla dzieci. Może nieco bardziej intelektualnej. Znalazłem coś innego. Zupełnie.

Trochę głupio musiałem wyglądać siedząc w pociągu relacji Wrocław – Kudowa z bogato ilustrowanym tomem OPOWIEŚCI Z NARNII. Na prawo jechali dziadkowie z wnuczkiem, żywo komentując mijany świat za oknem. Naprzeciwko mnie – o co najmniej „naście” lat starsza pani patrzyła w ekran elektronicznego czytnika. Ale i tak nie mogłem się powstrzymać.

Motywacja do powstania Opowieści była ściśle religijna. Szczerze i prosto wygląda to w LWIE CZAROWNICY I STAREJ SZAFIE. Za to dalej…

Chrześcijaństwo Lewisa w tych opowiadaniach dla dzieci nie ma prostego przełożenia na religijne schematy. Jest dotknięciem człowieka zaskoczonego wiarą i jej jasnym, logicznym pojmowaniem głową. Jest w niej obraz osoby doświadczonej żywą obecnością działającego Boga.

Ciekawe. Żeby podzielić się swoją drogą na mistyczną Górę Karmel wystarczyło napisać bajkę.

 

Co z tą baśnią?

Co z tą baśnią?

Baśń została przeniesiona do literatury dziecięcej – takie podejście jest niesprawiedliwe – zarówno w stosunku do baśni jak i do dzieci.

Baśń – utwór prowadzący do „ozdrowienia”, czyli do odnowienia prawdziwego znaczenia zwykłych i skromnych rzeczy składających się na życie ludzkie i rzeczywistość – takich jak miłość, myśl, drzewo, wzgórze, jedzenie.

Zacznę od końca.

Większe wrażenie niż sama książka zrobiła na mnie rosnąca w trakcie lektury pewność opisywanej przyjaźni Lewisa i Tolkiena. Ze względu na różnice, które ich dzieliły, problemy jakie potrafiła sprawiać każdemu z nich i wzajemny wpływ – który nie zawsze był słodką śmietanką. Potrafił też ciążyć. Bo chyba taka jest realna PRZYJAŹŃ.

Kolejna myśl.

Jak dla mnie książka choć – zgodnie z tytułem – skupiona na osobach bohaterów, ich życiu i twórczości – jest twardym dowodem na to, że pewnych historii nie wolno ekranizować. Nie tylko dlatego, że historie opowiadane przez X. muzę są tworzone wg innych zasad i praw niż książki.

Za światem Tolkiena, który mogliśmy poznać z dosłownie kilku ukończonych pozycji, stoją opasłe tomy notatek, szkiców, niedokończonych utworów, które żmudnie budowały spójny, realny i rzeczywisty świat Śródziemia z jego historią, językami, mitologią. Stoi też nieprawdopodobnie głębokie wnętrze tego człowieka, które próbował komunikować światu z niezwykłą subtelnością i delikatnością we Władcy Pierścieni, Hobbicie, Silmarilionie i kilku opowiadaniach. Nawet czytając je z otwartą głową bardzo łatwo to pominąć, prześlizgnąć się po niezwykłych wydarzeniach, po szybkiej akcji, po magicznych postaciach. Łatwo nie zauważyć z braku… co najmniej 50 lat życia za sobą, z braku doświadczenia wojny z punktu widzenia linii frontu, z braku cierpliwości charakteryzującej konsekwentnie rozwijaną wiarę naukowca. I z braku rozmów z żywymi ludźmi – rozmów wykraczających poza pogodę, wyniki sportowe i komentarze do newsów z pudelka czy odzywki lokalnych polityków.

Zachwyt razy dwa

Obaj byli wyjątkowi i niezwykli. Jednocześnie pojawia się przekonanie, że gdyby gdzieś kiedyś nie trafili na siebie – żaden z nich nie byłby tak wyrazisty, tak konkretny i konsekwentny.Tak zaskakująco ciekawy.

Co jest w najbardziej urzekające u Tolkiena – to rzadka zdolność opisywania dobra, które można znaleźć w miejscach i w ludziach.(…)Jeśli Tolkien ma rację, świat stworzony przez opowieść w swym zamyśle mówi o czymś więcej niż on sam. Jego rdzeń tkwi w najgłębszej naturze rzeczywistości.(…) Wszystkie baśnie mogą się spełnić, ponieważ istnieje związek między tworzeniem ludzkim, a kreacją Boga.

Znając teraz choć w przybliżeniu życie Lewisa – ze szczególnie trudnymi do udźwignięcia momentami – mam szansę spojrzeć w innym świetle na jego twórczość. Odczytać na nowo – albo i po raz pierwszy – książki człowieka, który kiedyś podczas jazdy motocyklem (siedząc w bocznym wózku pojazdu prowadzonego przez brata) definitywnie i ostatecznie zmienił światopogląd z laickiego na religijny. Naprawdę – godne miejsce i czas na taką przemianę. To nie kpina. Na swój prywatny użytek całą scenę widzę czarno – białymi kadrami „Lawrence’a z Arabii”.

I jeszcze jeden cytat zamiast pointy.

Baśniowe opowieści mogą zapewnić Uzdrowienie i Ucieczkę. (…) Baśń jest rzeczywiście gatunkiem dla dorosłych, a nie dla dzieci. Istnieją czytelnicy, którzy cierpią na brak takich właśnie książek.

Pan Clive Staples Lewis

Pan Clive Staples Lewis

Czy można akceptować otoczenie, rzeczywistość, codzienność bezrefleksyjnie?

Można. Wystarczy być na czasie, skupiać uwagę, błyszczeć, brylować. Jeśli trzeba zaszokować, albo wykrzyczeć (wypromować) swoją „kwestię”.

Tylko wtedy nie bardzo jest możliwość zainteresowania się poezją. Raczej nie reaguje się na zwykłe i niezwykłe zjawiska przyrody. Nie ma potrzeby sięgania po teksty trudne, chyba że jest to konieczne do osiągnięcie celu biznesowo – materialnego. I raczej nie ma się wtedy obok siebie przyjaciół, z którymi można „ciekawie pomilczeć”.

Czy można odnajdywać się w otoczeniu, rzeczywistości, codzienności bez określenia własnej tożsamości?

Oczywiście, że można. Wystarczy zastąpić ją tzw. wizerunkiem. Na przykład ubierać się i wyglądać adekwatnie jak grupa do której aspirujemy, za członka której chcemy by uważani. Znać modne wśród nich tematy, orientować się w aktualnych tam trendach. Naprawdę wystarczy.

Tylko nie bardzo jest wtedy miejsce na znajomość własnych korzeni; świadomość życia swoich rodziców, dziadków, pradziadków – ich losów, czasów i miejsc, w których żyli; odkrywania jaka pamięć o nich przetrwała – bo to ona jest odbiciem ich światopoglądu i charakteru. Nie ma wtedy czasu na stawianie SOBIE pytań typu: skąd przychodzę, dokąd idę, po co, dlaczego? Nie ma potrzeby posiadania światopoglądu, który jest wynikiem wiedzy, przemyśleń, refleksji. Nie ma też potrzeby posiadania umiejętności obronienia go wobec własnych wątpliwości i zarzutów z zewnątrz. Znika również ze słownika słowo – autorytet.

Po co ten przydługi wstęp?

Najpierw po to, żeby przypomnieć, że Clive Staples Lewis wykładowca i profesor Oxfordu i Cambridge to najsłynniejszy (obok Tolkiena) intelektualista w nieformalnej grupie Inklingów – oksfordzkich uczonych spotykających się i dyskutujących ze sobą na w latach 30. i 40. XX wieku. Dalej po to, żeby przypomnieć, że te spotkania doprowadziły do zmiany światopoglądu ze świadomego ateizmu na chrześcijaństwo. Wreszcie po to, żeby nieśmiało zauważyć, że umierał jako religijny autorytet nie tylko w kościele anglikańskim.

Posady profesora nie osiągnął przez protekcję „rodziny”. Światopoglądu na religijny nie zmienił pod wpływem wypitego w pubach piwa. Na wszystko zapracował swoją głową. Od nadmiaru wiedzy nie zwariował. Od wiary nie zgłupiał. Był i pozostał dociekliwym intelektualistą. W miarę upływu lat coraz bardziej świadomym odpowiedzi na pytania: skąd przychodzę i dokąd idę.

Listy… nie są dla mnie religijno – fantastyczną wprawką szczęśliwego konwertyty tylko przewodnikiem. Pisane w czasie II wojny światowej są bardzo delikatnym i wyważonym przewodnikiem dla tych, którzy się po ludzku bali czegoś/o coś/o kogoś; dla nie do końca przekonanych; dla „chrześcijan ale…” (byłbym bardziej zaangażowany w sprawy wiary, ale przeszkadza mi w Kościele…); dla zawieszonych między dziecinnymi tradycjami otrzymanymi po rodzicach/dziadkach, a niechęcią do instytucji Kościoła.

Pisane są logicznie, dociekliwie, uważnie, z profesorską dokładnością. A jednocześnie na tyle prosto, że zwykła głowa nadążą za myślą autora. Do tego całość podana w wybornym sosie angielskiego humoru. Proszę Państwa, jak ten humor tu smakuje… 🙂