Piołunowe ziele

Piołunowe ziele

Zdecydowanie szukam w swoim czytaniu jakiegoś oparcia. Zdumienia, zaskoczenia, wiedzy, odpoczynku, przypomnienia, emocji, kunsztu. Staram się nie angażować w książki, które mi tego nie proponują.

Z „Upadkiem” mam problem wyjątkowy. Porównując ten utwór z kilkoma innymi i znanymi (Dżuma, Obcy, opowiadanie Gość) nie mam wątpliwości, że jest to najbardziej złożony, przemyślany w najmniejszym szczególe utwór. Do tego skondensowany tak, że niemal każde zdanie i scena mają ogromną wartość i mnóstwo treści w sobie. I to jest wspaniałe, głębokie i niesamowite.

Za to nie mogę poddać się samym słowom i treści książki. To nie jest mój świat. Nie trwanie, nie rozgoryczenie, nie cynizm, nie obojętność, nie żal do… ani zal za… .

Wolę wstawać, rozpoczynać, podnosić się, wprawiać w ruch. Po raz piąty, po raz setny. Jeszcze raz i jeszcze raz…. Wolę się dziwić – za każdym razem jakby po raz pierwszy. Wolę próbować trzymać emocje na wodzy i wybierać malutkie dobro w miejsce słusznego oburzenia i „świętego” gniewu.

Od kiedy babcia pierwszy raz zaaplikowała mi napój z piołunu wiem, że to doskonałe lekarstwo na dolegliwości żołądkowe. Ale nie istnieje po to, żeby pić go codziennie w miejsce herbaty, kawy czy wody. UPADEK to piękna książka, ale gorycz jaka z niej wypływa ma zbyt dużą dla mnie dawkę. A za dużo lekarstwa na raz działa jak trucizna.

Ślepe serce

Ślepe serce

Przebijanie się przez kolejne myśli, słowa i relacje bohatera było jak brnięcie w mule. Cokolwiek robi, nie ma to dla niego żadnego znaczenia ani wartości. Życzyłby sobie, żeby tak samo nie miało to znaczenia także dla innych.

– Lepsza praca dla mnie? Podróże? Ale po co? To co robię mi wystarcza.

– Czy cię kocham? Czy wyjdę za ciebie? Nie ma to znaczenia. Mogę wyjść za Ciebie jeśli ci na tym zależy.

– Dlaczego po pierwszym strzale podszedł pan i strzelił do niego jeszcze cztery razy?

– Nie wiem, to przez słońce.

– Czy żałuję? Nie. Czuję tylko przykry dyskomfort spowodowany całą sytuacją.

– Nie wierzę w Boga. Nie będę się nad tym zastanawiał. Nie będę traciła czasu nad zastanawianiem się nad tym co mnie nie interesuje.

W tej historii jest duszno. Można odczuć fizyczne mdłości. Chciałem zatytułować te zapiski – CHWAST, ale to zakłada jakąś celowość w działaniu bohatera. Celowość choćby pasożytniczą, zachłanną – ale zawsze. A to nie pasuje do niego. Myślałem o uschłym drzewie, ale to suponuje wcześniejsze istnienie i życie. A tu nic takiego nie było. Nie ma celu, sensu, wartości, empatii, uczuć głębszych. Nie ma nic. Przypadkowa wegetacja.

Obcy – ósmy pasażer Nostromo miał cel i sens istnienia. Ten „Obcy” jest anty istnieniem, anty człowieczeństwem, anty społecznym czymś – obcym dla wszystkiego co ludzkie. Obcym nawet dla dobrych zwierzęcych instynktów.

Sumienie niepokonywalnie błędne.

Ze ślepym sercem w połączeniu.

Czas

Czas

Od komentarzy i recenzji książki, dzieła, arcydzieła, super powieści (niepotrzebne skreślić) roi się w internecie i podręcznikach literatury.

Onegdaj rozpisałem się trochę na temat JÓZEFA I JEGO BRACI i sporo z tego mógłbym powtórzyć tutaj: https://cyganblog.wordpress.com/2015/11/28/ludzie-juz-tak-nie-mowia/

Ponownie to, co zachwycało tam – czyli wspaniała, rozłożysta i panoramiczna narracja – wróciło dostarczając podobnych łagodnych, ale wyrazistych emocji. Ja po prostu lubię rytm, w jakim Mann snuje swoje rozważania. Lubię spokój, który zwalnia od usilnej i nieustannej interpretacji wydarzeń, postaci, ich dialogów i opisywanych zjawisk. Daje odpocząć od nieustannego śledzenia faktów i rozwijającej się intrygi. Za to swobodnie pozwala skupiać się na każdym zdaniu i scenie.

Może dzieje się tak dlatego, że dla mnie bohaterem CZARODZIEJSKIEJ GÓRY jest nie kto inny, tylko sam Czas. Jak zawsze w życiu ludzkim – wyjątkowy oryginał. Zachwycająca bezradność postaci w zderzeniu z Czasem. Konfrontacja, której nikt z pojawiających się w książce nie może uniknąć. Zresztą nie tylko w książce. I to jest właśnie najpiękniejsze.

Ludzie już tak nie mówią

Ludzie już tak nie mówią

To słowa Nicolasa Cage’a w scenie ze „Skarbu Narodów”. Głos bohatera filmu zachwyconego ideałem, gdy chwilę wcześniej czytał na głos tekst Deklaracji Niepodległości. Przepraszam za cytat z mało ambitnej produkcji filmowej, ale ta prosta myśl najlepiej w tym momencie pasuje mi do ducha powieści Manna.

Ta lektura jest trochę jak medytacja. Sam autor w pewnym momencie pisze „kosmos naszej historii”. I rzeczywiście to jest cały Wszechświat, cały świat w słowach.

„Inność” pisarska Manna jest dla mnie ciągle zachwycająca i powalająca. Za to tak bardzo go lubię. Przez to do niego wracam. Opowiadana historia to jedno. Ale przy tym autor/narrator jest tak samo ważną postacią książki jak jej bohaterowie. Wkracza na scenę – przypomina, komentuje, interpretuje i rozmawia nie tylko z czytelnikami ale i sam ze sobą.

Zachwyt nad trzema opasłymi tomami jest obwarowany jednym, ale zasadniczym zastrzeżeniem. Mann stworzył w powieści ogromną przestrzeń z historii znanej w jego czasach WSZYSTKIM Europejczykom. Biblijne losy Józefa Egipskiego, patriarchów z ich sensacyjnym posmakiem znał i pamiętał każdy. Jeśli nie przez kształcenie religijne to na pewno przez przesycone nią: literaturę, malarstwo, rzeźbę, architekturę, muzykę – to wszystko co tworzy w człowieku kod kulturowy.

Z taką znajomością rzeczy książka rozkwita, mieni się kolorami, czaruje światłocieniem, żongluje nastrojami. Wiara, baśń, legenda połączone po mistrzowsku z archeologią, filozofią, historią i „historią przed historią”. Wszystko przenika się nawzajem, splata i płynie. I wtedy książka smakuje jak wyszukany obiad w najlepszym przyjacielskim towarzystwie.

Gorzej gdy tej podstawy brak. Może to tylko anegdota, że wśród studentów historii sztuki zdarzają się pytania; np. o obrazy Madonny

– Kim właściwie jest ta pani z dzieckiem?

Bo w takiej sytuacji może zabraknąć determinacji by przebrnąć przez jakieś 1600 stron dzieła noblisty z 1929 roku.

jozef 2