Reportaż z Wielkiego Miasta

Reportaż z Wielkiego Miasta

 

Wiem już, że język może całkowicie uwieść czytelnika. Miałem to czytając Prusa. Ale żeby przeżywać coś takiego znowu!

Ziemia obiecana to historia opowiedziana filmowo. Postać głównego bohatera przewija się co rusz na kolejnych stronach powieści, ale tak naprawdę wędrujemy przez Łódź za dociekliwym, uważnym i spostrzegawczym reporterem. Trafiamy za autorem na samo dno nędzy ludzkiej i przechadzamy się wśród bogactwa, którego nie ma nawet jak spożytkować. Przed oczami pojawiają się wciąż nowe osoby. Ich opis – a także opis miejsc i zdarzeń jest tak celny, że nie ma najmniejszych problemów z zobaczeniem wszystkiego tak, jak widział to autor.

Zewnętrzny obraz to tylko jedna – choć doskonale przedstawiona – warstwa powieści. Reymont równie swobodnie opisuje emocje, uczucia i myśli osób, które pojawiają się na stronach jego historii. I jest to prawdziwa „komedia ludzka”.

Nie ma również problemów z usłyszeniem wszystkiego co słyszał autor. To słyszenie to jakby osobna warstwa treści. Opisywana technika to życie, siła, moc. Pulsuje w maszynach, a maszyny żyją w oku i uchu Reymonta. Reporterska gorączka osiąga szczyt w scenie nagłego powrotu Karola Borowieckiego z Berlina do Łodzi.

Chwilami miałem wrażenie, że przyglądanie się ludziom jest tu ważniejsze od samej akcji. A cała historia to pretekst, do żywej, dotykalnej i namacalnej i bardzo, bardzo prawdziwej opowieści o ludziach wielkiego miasta.

 

Pisarz by tego nie wymyślił

Pisarz by tego nie wymyślił

Los to historia jednego człowieka, historia to życie nas wszystkich. Chcę opowiedzieć historię w taki sposób, żeby nie stracić z oczu losu pojedynczego człowieka. Los bowiem sięga dalej niż jakakolwiek idea.

Jak autorka sama napisała – kiedy wszyscy pisali o Czernobylu, ona nie chciała pisać kolejnego horroru z elektrownią w roli głównej. Książka powstała 10 lat później. Składa się z pojedynczych historii, świadectw – pełnych emocji, uczuć, refleksji. To bardziej przejmujący obraz niż jakikolwiek horror radioaktywny. Za to efekt grozy daje milczenie pani Swietłany. Bohaterowie mówią w jej obecności, zwracają się do niej, ale ona sama milczy. Tylko słucha.

Historie są naprawdę różnorodne i – choć trudno to sobie wyobrazić – napięcie rośnie do samego końca i finału, który zwala z nóg.

W pewnym miejscu autorka spotyka się z ludźmi, którzy osiedlają się w skażonej strefie uciekając przed wojną. Ten fragment polecam wszystkim krzykaczom broniącym kraju przed uchodźcami.

Pamiętam tylko, że tam pojechałem, a więcej nic. Wszystko zapomniałem. Na trzeci rok po wyjściu do cywila coś mi się stało z pamięcią… Nawet lekarze nie wiedzą co… Nie mogę przeliczyć pieniędzy – mylę się. Tułam się po szpitalach.

***

Zwierzęta mieszkały w domach, szkołach, w klubach, gdzie wisiały plakaty:”Naszym celem szczęście całej ludzkości”, „Światowy proletariat zwycięży”, „Idee Lenina wiecznie żywe”. A w biurach kołchozowych czerwone sztandary, nowiutkie proporce, sterty dyplomów z wytłoczonymi na okładce profilami przywódców, na biurkach gipsowe popiersia. Wszędzie wojenne pomniki Armii Czerwonej. Innych nie spotkałem. Naprędce sklecone chałupy, szare betonowe obory, zardzewiałe zbiorniki na siano (…)

I to jest nasze życie? – pytałem sam siebie po obejrzeniu wszystkiego innymi oczami – Czy my tak żyjemy?

***

Wróciliśmy do domu. Wszystko z siebie zdjąłem, całe ubranie, które tam na sobie miałem i wyrzuciłem do zsypu. A furażerkę podarowałem małemu synkowi. Bardzo prosił. Potem nie chciał jej zdejmować. Po dwóch latach postawili mu diagnozę. Rak mózgu. Teraz może pani sama dokończyć. Nie chcę o tym mówić.

***

Mechanizm zła będzie zawsze działał i podczas apokalipsy. Zrozumiałem to. Ludzie tak samo będą plotkować, schlebiać przełożonym, ratować telewizor i futro z karakułów. Nawet gdyby nastąpił koniec świata, człowiek pozostanie taki, jaki jest teraz. Zawsze.

Piołunowe ziele

Piołunowe ziele

Zdecydowanie szukam w swoim czytaniu jakiegoś oparcia. Zdumienia, zaskoczenia, wiedzy, odpoczynku, przypomnienia, emocji, kunsztu. Staram się nie angażować w książki, które mi tego nie proponują.

Z „Upadkiem” mam problem wyjątkowy. Porównując ten utwór z kilkoma innymi i znanymi (Dżuma, Obcy, opowiadanie Gość) nie mam wątpliwości, że jest to najbardziej złożony, przemyślany w najmniejszym szczególe utwór. Do tego skondensowany tak, że niemal każde zdanie i scena mają ogromną wartość i mnóstwo treści w sobie. I to jest wspaniałe, głębokie i niesamowite.

Za to nie mogę poddać się samym słowom i treści książki. To nie jest mój świat. Nie trwanie, nie rozgoryczenie, nie cynizm, nie obojętność, nie żal do… ani zal za… .

Wolę wstawać, rozpoczynać, podnosić się, wprawiać w ruch. Po raz piąty, po raz setny. Jeszcze raz i jeszcze raz…. Wolę się dziwić – za każdym razem jakby po raz pierwszy. Wolę próbować trzymać emocje na wodzy i wybierać malutkie dobro w miejsce słusznego oburzenia i „świętego” gniewu.

Od kiedy babcia pierwszy raz zaaplikowała mi napój z piołunu wiem, że to doskonałe lekarstwo na dolegliwości żołądkowe. Ale nie istnieje po to, żeby pić go codziennie w miejsce herbaty, kawy czy wody. UPADEK to piękna książka, ale gorycz jaka z niej wypływa ma zbyt dużą dla mnie dawkę. A za dużo lekarstwa na raz działa jak trucizna.

Ślepe serce

Ślepe serce

Przebijanie się przez kolejne myśli, słowa i relacje bohatera było jak brnięcie w mule. Cokolwiek robi, nie ma to dla niego żadnego znaczenia ani wartości. Życzyłby sobie, żeby tak samo nie miało to znaczenia także dla innych.

– Lepsza praca dla mnie? Podróże? Ale po co? To co robię mi wystarcza.

– Czy cię kocham? Czy wyjdę za ciebie? Nie ma to znaczenia. Mogę wyjść za Ciebie jeśli ci na tym zależy.

– Dlaczego po pierwszym strzale podszedł pan i strzelił do niego jeszcze cztery razy?

– Nie wiem, to przez słońce.

– Czy żałuję? Nie. Czuję tylko przykry dyskomfort spowodowany całą sytuacją.

– Nie wierzę w Boga. Nie będę się nad tym zastanawiał. Nie będę traciła czasu nad zastanawianiem się nad tym co mnie nie interesuje.

W tej historii jest duszno. Można odczuć fizyczne mdłości. Chciałem zatytułować te zapiski – CHWAST, ale to zakłada jakąś celowość w działaniu bohatera. Celowość choćby pasożytniczą, zachłanną – ale zawsze. A to nie pasuje do niego. Myślałem o uschłym drzewie, ale to suponuje wcześniejsze istnienie i życie. A tu nic takiego nie było. Nie ma celu, sensu, wartości, empatii, uczuć głębszych. Nie ma nic. Przypadkowa wegetacja.

Obcy – ósmy pasażer Nostromo miał cel i sens istnienia. Ten „Obcy” jest anty istnieniem, anty człowieczeństwem, anty społecznym czymś – obcym dla wszystkiego co ludzkie. Obcym nawet dla dobrych zwierzęcych instynktów.

Sumienie niepokonywalnie błędne.

Ze ślepym sercem w połączeniu.

Mariamne

Mariamne

Już kiedyś miałem okazję spotkać tę książkę w wersji papierowej. Bardzo odpowiada mi to charakterystyczna dla Lagerkvista literackie poszukiwanie „czegoś w człowieku”. Czegoś więcej niż instynkt i żołądek. A robi to świetnie – jest przecież noblistą.

Audiobook i piękna interpretacja tekstu (z muzyką) podkreśliła nastrój niepewności, tęsknot, poszukiwań i wątpliwości, jakie autor książki odkrywa przed czytelnikiem/słuchaczem w losach bohaterów.

Można się zasłuchać dokumentnie 🙂

Czas

Czas

Od komentarzy i recenzji książki, dzieła, arcydzieła, super powieści (niepotrzebne skreślić) roi się w internecie i podręcznikach literatury.

Onegdaj rozpisałem się trochę na temat JÓZEFA I JEGO BRACI i sporo z tego mógłbym powtórzyć tutaj: https://cyganblog.wordpress.com/2015/11/28/ludzie-juz-tak-nie-mowia/

Ponownie to, co zachwycało tam – czyli wspaniała, rozłożysta i panoramiczna narracja – wróciło dostarczając podobnych łagodnych, ale wyrazistych emocji. Ja po prostu lubię rytm, w jakim Mann snuje swoje rozważania. Lubię spokój, który zwalnia od usilnej i nieustannej interpretacji wydarzeń, postaci, ich dialogów i opisywanych zjawisk. Daje odpocząć od nieustannego śledzenia faktów i rozwijającej się intrygi. Za to swobodnie pozwala skupiać się na każdym zdaniu i scenie.

Może dzieje się tak dlatego, że dla mnie bohaterem CZARODZIEJSKIEJ GÓRY jest nie kto inny, tylko sam Czas. Jak zawsze w życiu ludzkim – wyjątkowy oryginał. Zachwycająca bezradność postaci w zderzeniu z Czasem. Konfrontacja, której nikt z pojawiających się w książce nie może uniknąć. Zresztą nie tylko w książce. I to jest właśnie najpiękniejsze.

Obrazowy, prawdziwy, wspaniały

Obrazowy, prawdziwy, wspaniały

Ile razy sięgnę po Hemingway’a mam potrzebę powtórzenia zachwytu nad żywością i obrazowością jego języka. Pochylenia się nad jego niezwykłą umiejętnością łączenia słów w zdania w sposób, który nadal zachwyca w tłumaczeniach. Te wersy są warte czytania bez względu na to, co opisują.

Powrót do KOMU BIJE DZWON ucieszył mnie tym razem czymś jeszcze. Powieść odczytałem jak relację reporterską, w której akcja pojawia się tylko po to, żeby dać autorowi większą swobodę prezentacji myśli, obrazów, opisać napotkanych ludzi i zdarzenia. Elementy spajane sensacyjną fabułą były teraz ciekawsze od samej treści, którą przecież już znałem. Historia jak w NOCNYCH WĘDROWCACH Jagielskiego, z licznymi, prawdziwymi postaciami i zdarzeniami „zagęszczonymi” jedynie do grupy bohaterów książki i ich losów.

Lata mijają, opisane wydarzenia są coraz bardziej odległą historią. A książka nic się nie zestarzała. Dalej jest świeża, żywa, barwna i soczysta.

Wojna nie ma w sobie nic z człowieka

Wojna nie ma w sobie nic z człowieka

Nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie opowiadać o wojnie, mówić o tym czym była/jest naprawdę. Ze zbieranych przez wiele lat nagrań nie powstało to, co autorka pierwotnie planowała. Jak sama przeczuwa – weszła w straszny obszar. Im dalej w niego wchodziła, tym więcej było pytań i mniej odpowiedzi. Wie, że jej rozmówczynie nie mówią prawdy – ale nie próbuje do niej dotrzeć za wszelką cenę. Zatrzymuje się przed człowiekiem. Tworzy książkę o kobietach – nie o wojnie.

Dlaczego bohaterki nie mówią prawdy? Pewnie dlatego, że nie da się pamiętać i… żyć. Są w książce osoby, które odmawiają spotkania („40 lat próbuję zapomnieć, a pani chce, żebym wspominała?”). Inna zamiast osobistych wspomnień opowiada o kobiecie, która straciła rozum – chodziła po ulicach, zaczepiała przechodniów i opowiadała o śmierci swoich dzieci. „Tylko ktoś taki może opowiadać o wojnie.

Z opowieści na każdym kroku wyłazi efekt totalnej indoktrynacji. Co można wmówić człowiekowi, do czego zmusić, jaką ślepą nienawiść zaczepić wysyłając go na wojnę w wieku 15. 16. lat. Co można myśleć o dzieciach, które najpierw nauczyły się skutecznie zabijać zanim ich organizm biologicznie dojrzał do bycia kobietą?

We wspomnieniach entuzjazm przeplata się z obrazami przerażającymi i nieludzkimi. Naturalizm opowieści, opisy emocji są chwilami takie, że nie sposób tego słuchać (audiobook). Nie pomaga, nie łagodzi tego nawet głos Krystyny Czubówny. Jednocześnie chciałby się momentami wejść w słowo i krzyknąć „w twarz”, że to co mówi w danej chwili głos żołnierki to kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo – i ona najlepiej wie, że nie mówi prawdy.

Wyrywają się za to pojedyncze zdania wplątane w opowieść, które dla kogoś, kto zna kontekst niosą straszy ładunek treści. Te pojedyncze słowa, krótkie zdania, krzyczą rozdzierająco obrazem jaki za nimi stoi.

Przykłady?

Sanitariuszki w oddziałach pancernych opowiadają czym jest wyciągnięcie żołnierza z płonącego czołgu. Co zostaje z takiego człowieka. Ale jedna mówi o swoim oddziale, w których były (znane z „Czterech pancernych”) czołgi T34. Pada tylko krótkie zdanie – „Jak one się paliły”. Nic więcej. W pierwszych latach T 34 były produkowane z silnikami benzynowymi na paliwo lotnicze. Czołgi miały też nieosłonięte zbiorniki z paliwem na pancerzu. To była tak naprawdę samobieżna pochodnia – nie czołg. A tu tylko jedno, krótkie zdanie.

Jeden raz pojawia się zdanie o „prawie zwycięzców” – trzech dniach bezkarnego plądrowania miast, miasteczek, wsi – zbiorowych gwałtach na wszystkich, którzy choć przypominali kobietę i pijaństwa – zanim pojawiali się oficerowie i przywracali porządek.

Tak samo tylko raz wspomniana jest armia wewnętrzna, która pilnowała ducha bojowego „mięsa armatniego”. I strzelali do swoich – bo „mięso” miało prawo iść tylko w jedną stronę – do ataku. Nie mogło się cofać. Zadaniem „mięsa” było wygrać albo zginąć.

Ale kiedy tylko we wspomnieniach zaczyna się szczerość (np. o łagrach i sądach dla tych, którzy pozwolili wziąć się do niewoli), natychmiast pojawia się też strach. Wszechobecny strach przed władzą i policją polityczną. Nawet w latach 80. i później nazwa NKWD nie chce przejść im przez gardło. Zamiast tego pada „przyszli po niego, wie pani kto”. Brzmi to jak zdanie wyjęte z opowieści o Harrym Potterze – żeby nie wymawiać Voldemort, mówili „sam wiesz kto”.

 ***

W jakiejś audycji radiowej Wojciech Jagielski wspominał kiedyś, że pisząc książki przeżywa na nowo to co widział jako korespondent wojenny. Przerywa wtedy pracę i bierze prysznic, żeby choć symbolicznie spłukać z siebie te obrazy i emocje. Czasem kilkanaście razy w ciągu dnia….

Nie wiem czym się oczyścić po tej książce.

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety?

Nie.

Wojna nie ma w sobie nic ludzkiego, nic z człowieka.

Ludzie już tak nie mówią

Ludzie już tak nie mówią

To słowa Nicolasa Cage’a w scenie ze „Skarbu Narodów”. Głos bohatera filmu zachwyconego ideałem, gdy chwilę wcześniej czytał na głos tekst Deklaracji Niepodległości. Przepraszam za cytat z mało ambitnej produkcji filmowej, ale ta prosta myśl najlepiej w tym momencie pasuje mi do ducha powieści Manna.

Ta lektura jest trochę jak medytacja. Sam autor w pewnym momencie pisze „kosmos naszej historii”. I rzeczywiście to jest cały Wszechświat, cały świat w słowach.

„Inność” pisarska Manna jest dla mnie ciągle zachwycająca i powalająca. Za to tak bardzo go lubię. Przez to do niego wracam. Opowiadana historia to jedno. Ale przy tym autor/narrator jest tak samo ważną postacią książki jak jej bohaterowie. Wkracza na scenę – przypomina, komentuje, interpretuje i rozmawia nie tylko z czytelnikami ale i sam ze sobą.

Zachwyt nad trzema opasłymi tomami jest obwarowany jednym, ale zasadniczym zastrzeżeniem. Mann stworzył w powieści ogromną przestrzeń z historii znanej w jego czasach WSZYSTKIM Europejczykom. Biblijne losy Józefa Egipskiego, patriarchów z ich sensacyjnym posmakiem znał i pamiętał każdy. Jeśli nie przez kształcenie religijne to na pewno przez przesycone nią: literaturę, malarstwo, rzeźbę, architekturę, muzykę – to wszystko co tworzy w człowieku kod kulturowy.

Z taką znajomością rzeczy książka rozkwita, mieni się kolorami, czaruje światłocieniem, żongluje nastrojami. Wiara, baśń, legenda połączone po mistrzowsku z archeologią, filozofią, historią i „historią przed historią”. Wszystko przenika się nawzajem, splata i płynie. I wtedy książka smakuje jak wyszukany obiad w najlepszym przyjacielskim towarzystwie.

Gorzej gdy tej podstawy brak. Może to tylko anegdota, że wśród studentów historii sztuki zdarzają się pytania; np. o obrazy Madonny

– Kim właściwie jest ta pani z dzieckiem?

Bo w takiej sytuacji może zabraknąć determinacji by przebrnąć przez jakieś 1600 stron dzieła noblisty z 1929 roku.

jozef 2