A fe!

A fe!

Bardzo wiele sobie obiecywałem po lekturze tej książki, ale fatalnie się zawiodłem. Dawno nie zdarzyło mi się czytać czegoś tak kiepsko napisanego.

Nawet jeśli niektóre rozmowy są odtwarzane z pamięci, zadaniem autora jest przekazanie emocji rozmówcy, naszkicowania całej jego osoby. Tu tego zupełnie nie ma. Jest sztywno, drętwo, prymitywnie. Jak w kiepskim wypracowaniu udającym rozmowę. Słowa i zwroty w ustach rozmówców mają się chwilami nijak do ich wieku, wykształcenia, życia. Razi to okropnie. Bohater nie musi umieć mówić. Ale autor musi umieć pisać.

W miarę postępującej lektury złościł mnie już nawet podtytuł – Chiny z perspektywy nizin społecznych. Pierwszy z brzegu bohater – biznesmen pozbawiony stanowiska, pracy, domu i rodziny, a następnie wsadzony do więzienia. Jeśli kogoś pozbawiają z dnia na dzień wszystkiego, to chyba to co miał w głowie nie zniknęło? Dalej rozmowa z prześladowanym mnichem buddyjskim. Jeśli ktoś od zawsze starał się być mnichem i mimo zewnętrznych okoliczności nadal nim jest, to co to za niziny społeczne? I znowu – rolnik wrobiony przez władze w przestępstwo. O jakie niziny społeczne tu chodzi?

Może jednak nie całą winę ponosi za to Liao Yiwu. Niepokój budzi wstęp z informacją, że dla lepszego zrozumienia przez czytelników tłumaczenie na język angielski nie jest wierne chińskiemu oryginałowi. A na końcu podziękowanie angielskiego tłumacza za zgodę redaktora na „elastyczność i twórczą swobodę” podczas pracy. Cóż – kiedyś do tłumaczenia trudnych słów, zwrotów i opisywanych faktów służyły przypisy. Teraz widocznie jest inaczej. Polska książka jest tłumaczeniem z takiej właśnie wersji angielskiej.

Skończyłem tę pozycję chyba tylko z czystej chytrości (skoro zapłaciłem, to nie zrezygnuję w połowie).

A fe!

Reklamy

Po co narzekać

Po co narzekać

Najpierw podziękowania dla Pirlim Pem Pem. Dzięki niej ta książka znalazła się w kręgu moich zainteresowań. A zdecydowanie było warto po nią sięgnąć. Piękne recenzje tego tytułu do znalezienie właśnie u niej i u Biblioteka?Zamieszkałabym…

Reportaż to pakiet wiedzy o ludziach, czasach, miejscach, zdarzeniach – przedstawiony oczami piszącego, wzbogacony o jego emocje, myśli, refleksje, opinie. Czasem więcej jest emocji. Innym razem przeważa wiedza.

W reportażach z Rosji Igora Miecika więcej jest właśnie wiedzy. Zdanie autora zostało gdzieś w cieniu. A przynajmniej tak bardzo nie wpycha się na pierwszy plan. Dotykam niedopowiedzeń, czasem milczenia.

W reportażach o Rosji nie sposób uniknąć porównań z Jackiem Hugo Baderem. Choć wolę emocje od suchego sprawozdania, styl pisania pana Igora zdecydowanie wygrywa ze stylem pana Jacka. Za to mikroskopijna objętość książki budzi poważny niedosyt. Zanim tak naprawdę się rozpędziłem – już było po wszystkim.

W tym momencie poczułem się trochę niezręcznie. W recenzji DZIENNIKÓW KOŁYMSKICH narzekałem na pośpiech i powierzchowność autora. Tu narzekam na małą objętość książki i jakby „przesadną” rzeczowość. Obie uwagi więcej mówią o moim „chceniu” niż o przeczytanej lekturze. Bardzo odpowiadają mi historie ze świata za wschodnią granicą. A kiedy już je poznaję, cieszą mnie, zaciekawiają – zamiast podziękować, ja narzekam, że nie są… doskonałe.

Wojna nie ma w sobie nic z człowieka

Wojna nie ma w sobie nic z człowieka

Nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie opowiadać o wojnie, mówić o tym czym była/jest naprawdę. Ze zbieranych przez wiele lat nagrań nie powstało to, co autorka pierwotnie planowała. Jak sama przeczuwa – weszła w straszny obszar. Im dalej w niego wchodziła, tym więcej było pytań i mniej odpowiedzi. Wie, że jej rozmówczynie nie mówią prawdy – ale nie próbuje do niej dotrzeć za wszelką cenę. Zatrzymuje się przed człowiekiem. Tworzy książkę o kobietach – nie o wojnie.

Dlaczego bohaterki nie mówią prawdy? Pewnie dlatego, że nie da się pamiętać i… żyć. Są w książce osoby, które odmawiają spotkania („40 lat próbuję zapomnieć, a pani chce, żebym wspominała?”). Inna zamiast osobistych wspomnień opowiada o kobiecie, która straciła rozum – chodziła po ulicach, zaczepiała przechodniów i opowiadała o śmierci swoich dzieci. „Tylko ktoś taki może opowiadać o wojnie.

Z opowieści na każdym kroku wyłazi efekt totalnej indoktrynacji. Co można wmówić człowiekowi, do czego zmusić, jaką ślepą nienawiść zaczepić wysyłając go na wojnę w wieku 15. 16. lat. Co można myśleć o dzieciach, które najpierw nauczyły się skutecznie zabijać zanim ich organizm biologicznie dojrzał do bycia kobietą?

We wspomnieniach entuzjazm przeplata się z obrazami przerażającymi i nieludzkimi. Naturalizm opowieści, opisy emocji są chwilami takie, że nie sposób tego słuchać (audiobook). Nie pomaga, nie łagodzi tego nawet głos Krystyny Czubówny. Jednocześnie chciałby się momentami wejść w słowo i krzyknąć „w twarz”, że to co mówi w danej chwili głos żołnierki to kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo – i ona najlepiej wie, że nie mówi prawdy.

Wyrywają się za to pojedyncze zdania wplątane w opowieść, które dla kogoś, kto zna kontekst niosą straszy ładunek treści. Te pojedyncze słowa, krótkie zdania, krzyczą rozdzierająco obrazem jaki za nimi stoi.

Przykłady?

Sanitariuszki w oddziałach pancernych opowiadają czym jest wyciągnięcie żołnierza z płonącego czołgu. Co zostaje z takiego człowieka. Ale jedna mówi o swoim oddziale, w których były (znane z „Czterech pancernych”) czołgi T34. Pada tylko krótkie zdanie – „Jak one się paliły”. Nic więcej. W pierwszych latach T 34 były produkowane z silnikami benzynowymi na paliwo lotnicze. Czołgi miały też nieosłonięte zbiorniki z paliwem na pancerzu. To była tak naprawdę samobieżna pochodnia – nie czołg. A tu tylko jedno, krótkie zdanie.

Jeden raz pojawia się zdanie o „prawie zwycięzców” – trzech dniach bezkarnego plądrowania miast, miasteczek, wsi – zbiorowych gwałtach na wszystkich, którzy choć przypominali kobietę i pijaństwa – zanim pojawiali się oficerowie i przywracali porządek.

Tak samo tylko raz wspomniana jest armia wewnętrzna, która pilnowała ducha bojowego „mięsa armatniego”. I strzelali do swoich – bo „mięso” miało prawo iść tylko w jedną stronę – do ataku. Nie mogło się cofać. Zadaniem „mięsa” było wygrać albo zginąć.

Ale kiedy tylko we wspomnieniach zaczyna się szczerość (np. o łagrach i sądach dla tych, którzy pozwolili wziąć się do niewoli), natychmiast pojawia się też strach. Wszechobecny strach przed władzą i policją polityczną. Nawet w latach 80. i później nazwa NKWD nie chce przejść im przez gardło. Zamiast tego pada „przyszli po niego, wie pani kto”. Brzmi to jak zdanie wyjęte z opowieści o Harrym Potterze – żeby nie wymawiać Voldemort, mówili „sam wiesz kto”.

 ***

W jakiejś audycji radiowej Wojciech Jagielski wspominał kiedyś, że pisząc książki przeżywa na nowo to co widział jako korespondent wojenny. Przerywa wtedy pracę i bierze prysznic, żeby choć symbolicznie spłukać z siebie te obrazy i emocje. Czasem kilkanaście razy w ciągu dnia….

Nie wiem czym się oczyścić po tej książce.

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety?

Nie.

Wojna nie ma w sobie nic ludzkiego, nic z człowieka.

Dzienniki niecodzienne

Dzienniki niecodzienne

Bardzo lubię rosyjski sposób myślenia. Dla mnie niedościgniony współczesny ideał takiej literatury to Pielewin.

Lubię też historie „stamtąd”. Także reportaże.

Czytałem DZIENNIKI KOŁYMSKIE znając już opinie moich ulubionych recenzentów. Nie było dobrze. Dostało się Jackowi za hipsteryzm, powierzchowność, za pisanie pod tezę. Za nieumiejętność słuchania. Dorzucę jeszcze jeden minus – spieszy się. Ma obowiązek składania relacji do Gazety. Musi mieć materiał. Więc go ma. Jest na końcu świata? Jest. Jest w egzotycznym dla Europejczyka miejscu? Jest. Czego chcieć więcej?

Można chcieć. I to bardzo dużo.

JHB ma ogromną wiedzę o Rosji – ale tak mało z tego korzysta.

Mówi po rosyjsku – ale nie ma chwili na pogłębienie tematu.

Wciąż jest w drodze.

Szybciej, szybciej, szybciej.

Ale stara się.

A do tego (i na szczęście) – jego bohaterowie bronią się sami.

…ale radzę wam, żebyście pisali jak najprościej – mówi Dora. – O mnie też. I niedużo. Bo niewiele rozumiecie”

Między wierszami

Między wierszami

Samo opisanie faktów nie wystarcza do zobaczenia prawdy. Prawdziwa groza (w tym przypadku czeskiego komunizmu) wychodzi gdy patrzy się z bliska. Szczygieł pozwala ją zobaczyć między wierszami bardzo wyraźnie. W zdarzeniach i pojedynczych słowach ludzi. Lęk o bliskich, całkowity brak nadziei bohaterów jest wtedy na wyciągnięcie ręki. I nie da się go oswoić podawaniem statystyk i przywoływaniem romantycznych ideałów. Autor nikogo nie ocenia, przez co jest to jeszcze bardziej przerażające. Można się Czechom dziwić, porównywać z Polakami, myśleć, że my byliśmy inni. Tylko czy na pewno? Nasi żołnierze też dławili Praską Wiosnę…

Doskonała, skupiająca uwagę i myśli książka.