Domowe lekarstwo

Domowe lekarstwo

„W obliczeniach był błąd…”

Pierwsze zdanie zwala z nóg. Jak u Hitchcocka (kto to jeszcze pamięta?) zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie.

Ale dalej… Nie mogłem wyjść ze zdumienia. Co to za książka? Jakaś „TAJEMNICZA WYSPA” w kosmicznych warunkach? Załoga statku to grupka facetów bez imion. Mają tylko funkcje. Jak w powieści Verne’a to zgrany zespół specjalistów, których cechy (również emocjonalne) wzajemnie się uzupełniają. Radzą sobie doskonale. Pełna ufność, brak konfliktów, stuprocentowy optymizm, otwarte głowy. I to przy całkowitej obcości i inności otaczającego świata. Pionierzy kosmosu?

Jednak im bliżej końca „TAJEMNICZA WYSPA” zaczęła coraz mocniej zbaczać w kierunku „1984” z totalitarnym społeczeństwem „obcych”.

Ostatnia strona. Powieść napisana w 1958 r. Tak. Trzeba było jakoś żyć w tym kraju. Trzeba było jakoś odreagować… Na dygresje w tzw. literaturze SF cenzura była za głupia…

Reklamy

Niezwyciężony

Niezwyciężony

Dobra fantastyka jest zwykle pretekstem do pisania o czymś zupełnie innym.

„Niezwyciężony” to wymarzony scenariusz wielkiego batalistycznego filmu, poświęconego starciu ludzi z powstałą samorzutnie na odległej planecie populacją mikroautomatów niszczących wszelkie myślenie. Ale właśnie mechaniczne urządzenia – także te przez człowieka stworzone – nastawione są tam na odruchową walkę aż do samozatraty. To do istoty myślącej należy zrozumieć obcość i wyzwolić się z fatalizmu zniszczenia” (z recenzji na stronie księgarni Selkar)

Książka napisana na przełomie 1963 i 64 roku nie razi przestarzałymi wyobrażeniami. Jest żywa i sensacyjna od początku do końca. „Gna” się przez kolejne strony czekając dalszego ciągu.

Na koniec zostaje w głowie tylko zdanie, jakie błąka się w głowie głównego bohatera – „chciał wrócić jako człowiek, który będzie głosował za pozostawieniem planety nietkniętej. Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas”. W pełni się z tym zgadzam.

Za wcześnie…

Za wcześnie…

… czytałem tę książkę pierwszy raz.

Zwabiony nazwiskiem przebrnąłem wtedy przez powieść traktując temat jako „wczesną twórczość” autora, zanim świat zobaczył i poznał jego prawdziwą twarz.

„Ciężar” wczesnych nastu lat na karku nie dał mi wtedy szansy na zauważenie (czytaj zrozumienie) tego co w książce najważniejsze.

Sięgnąłem po nią jeszcze raz.

Jak wtedy – stateczna historia rozwija się powoli.

Jak wtedy nie porywa nagłymi zwrotami akcji.

Ale teraz, co kilka stron potykam się o problematy, które widać jasno we wszystkich późniejszych dziełach Lema. Tam schowane lub delikatnie zarysowane za zasłoną ironii, czy astronautycznej wyobraźni – tutaj „walą” centralnie po głowie bez ostrzeżenia. Wszystko tworzy mało pocieszające rozważania o człowieku. Bez samouwielbienia dla „korony stworzenia” i bez środków znieczulających w postaci ślepej wiary.

Czy jest lepsze miejsce na takie refleksje jak umieścić akcję w szpitalu psychiatrycznym? (Co za okazy wśród personelu!)

Absolutna alogiczność natury, która powołała do istnienia homo sapiens. Taka historia nie miała prawa się zdarzyć we Wszechświecie.

Nicość, która jest siedzibą naszej „rozumności” (patrz opis zmian zachowania u chorego na raka mózgu i scena operacji).

Bezgraniczna samotność i bezsilność każdego człowieka ostatecznie zawieszonego w absolutnej pustce (sceny ostatniego rozdziału). W głowie łączę książkę z tym co Lem pisał i mówił potem. Ludzkość jest sama we Wszechświecie. Człowiek jest sam między ludźmi. Wewnątrz siebie też jesteśmy samotni – nawet siebie samych nie potrafimy zrozumieć. (Jakbym skoczył w sam środek prozy Camus’a).

Na łopatki rozłożyła mnie końcówka opowieści. W ułamkach zdarzeń przewija się przed oczami cała ludzka menażeria postawiona w sytuacji granicznej. (Nie spodziewałem się po sobie takich emocji).

„Jak oni mogą robić to i żyć?” – retoryczne pytanie bohatera z ostatnich stron odnosi się do oprawców.

Ale tak naprawdę można odnieść je do wszystkich.

Nie tylko literackich bohaterów SZPITALA PRZEMIENIENIA.