Napój ananasowy dla pięknej damy

Napój ananasowy dla pięknej damy

Już dawno moja papierowa biblioteczka ogranicza się tylko do wybranych autorów i pozycji, które otrzymały specjalny status WARTOŚCIOWE. Bo nie wystarczy, że mam je w zasięgu czytnika. Dobrze jest od czasu do czasu na nie popatrzeć, dotknąć, przerzucić i/lub przeczytać jeszcze raz. Jest tam rządek książek Wiktora Pielewina.

Daruję sobie opis treści zbioru mikropowieści. Nie dla fabuły czyta się Pielewina. Robi się to dla jego inteligencji, błyskotliwości, ironii. Lekkość i dowcip maskuje poważne rozważania o absurdach otaczającej rzeczywistości, którą tworzymy, według zasad której żyjemy i całkowicie bezrefleksyjnie akceptujemy. Od polityki po życie codzienne.

Pielewin to gwarancja tekstów wyrafinowanych. Jego pisarska finezja zbudowana jest przy tym na znanych, popkulturowych symbolach. Sprzeczność? Niekoniecznie. Bo mamy do czynienia z wyrażaniem opinii i treści na poziomie mistrzowskim. Chyba, że – jak zauważył kiedyś w swojej recenzji Piotr Kofta: „Skłaniałbym się zresztą ku przypuszczeniu, że w rzeczywistości Pielewin nie istnieje – a pod kamuflażem jego nazwiska działa jakaś wyspecjalizowana komórka kontrwywiadu i dezinformacji.”

Wiktor Pielewin – Napój ananasowy dla pięknej damy

napoj-ananasowy

Błazen?

Błazen?

Zachodni styl życia wymaga od człowieka potwornej ilości zabawy. Każdego dnia, w każdej sekundzie. Kultura zachodnia opiera się na jednym tajnym aksjomacie – że życie upływające w atrakcyjnych wizualnie formach, już przez to samo jest do zaakceptowania.

 

Pielewin przyzwyczaił mnie do ogromnej świeżości w każdej swojej książce. To pierwszy przypadek, kiedy książka jest kontynuacją wcześniejszej pozycji. Temat, pomysł i forma BATMANA APOLLO to dalszy ciąg EMPIRE V. To nie wada, choć cała otoczka pozostała ta sama. To co najważniejsze i tak rozgrywa się na drugim planie.

Bo akcja to pretekst do zaglądania w mało popularne miejsca, gdzie powinien znajdować się rozum, sumienie i takie tam podobne do nich.

Idąc za tokiem myśli autora niewiele tu optymizmu. Czy świat jest tak beznadziejny? Nie, ale to, co sami sobie ustaliliśmy jako normy i zwyczajowe wzorce stawia przed nami mało optymistyczną alternatywę. Albo jestem bezmyślnym konsumentem, albo błaznem. Pielewin wybiera bycie błaznem. Ale bliżej mu do Stańczyka, który o najpoważniejszych sprawach mówi tak, że można uśmiechać się, czy wręcz śmiać. Ale serce pozostaje smutne.

Pielewin przyzwyczaił mnie do ogromnej świeżości w każdej swojej książce. To pierwszy przypadek, kiedy książka jest kontynuacją wcześniejszej pozycji. Temat, pomysł i forma BATMANA APOLLO to dalszy ciąg EMPIRE V. To nie wada, choć cała otoczka pozostała ta sama. To co najważniejsze i tak rozgrywa się na drugim planie.

Bo akcja to pretekst do zaglądania w mało popularne miejsca, gdzie powinien znajdować się rozum, sumienie i takie tam podobne do nich.

Idąc za tokiem myśli autora niewiele tu optymizmu. Czy świat jest tak beznadziejny? Nie, ale to, co sami sobie ustaliliśmy jako normy i zwyczajowe wzorce stawia przed nami mało optymistyczną alternatywę. Albo jestem bezmyślnym konsumentem, albo błaznem. Pielewin wybiera bycie błaznem. Ale bliżej mu do Stańczyka, który o najpoważniejszych sprawach mówi tak, że można uśmiechać się, czy wręcz śmiać. Ale serce pozostaje smutne.

Zgromadzone tu sprzęty dzieliły od siebie tak wielkie przestrzenie, że sala robiła wrażenie prawie pustej. I z tego samego powodu – niesamowicie zbytkownej; wszak o sukcesie w naszych czasach świadczą nie tyle zgromadzone w ludzkiej siedzibie obiekty materialne, ile odległości między nimi.

Świat według Pielewina

Świat według Pielewina

– Czyż normalny człowiek wierzy w to co piszą w gazetach?

– A gdzieś ty widział normalnych ludzi? Zostało ich w kraju co najwyżej ze stu, i wszystkich ma na oku FSB. Sprawa nie jest taka prosta. Z jednej strony, czas nie ma ani pulsu ani nóg. Ale, z drugiej strony, wszyscy starają się trzymać rękę na pulsie czasu i dotrzymywać mu kroku, toteż korporacyjny model świata ciągle się odnawia. W rezultacie ludzie zapuszczają śmieszne bródki i wkładają jedwabne krawaty, żeby ich nie wywalono z firmy, a wampiry są zmuszone uczestniczyć w tym procesie, żeby nie wyróżniać się z otoczenia.

W otoczeniu mediów, które używają przymiotników w stopniu najwyższym w reklamach środków na przebieranie nogami podczas snu – ciężko przekonująco wyrazić autentyczny zachwyt nad pomysłem autora. Bo co nowego można powiedzieć w temacie wampirów? Okazuje się, że można. O wampirach – królach kultury popularnej i autentycznych władcach świata. A pomysł – przy wartkiej akcji osadzonej mocno w dzisiejszych realiach – na dodatek jest po mistrzowsku zrealizowany w świetnych grach słownych.

– Wciskanie kitu, bezmyślne i bezwzględne, to powszechna rosyjska choroba, którą zarażają się również wampiry. Wypływa to nie z podłości naszego charakteru narodowego, ale z połączenia europejskiego wyrafinowania i azjatyckiego bezprawia stanowiącego sedno naszego życia. Wciskając kit, Rosjanin wcale nie chce pokazać, że jest lepszy od tych, przed którymi wytańcowuje. Wręcz przeciwnie. Krzyczy: „Patrzcie, jestem taki sam jak wy, ja też zasługuję na szczęście, nie chcę żebyście mną gardzili, dlatego że życie było dla mnie tak okrutne!”.

***

– Przecież obaj jesteśmy ludźmi inteligentnymi. A więc, wziąwszy się za ręce wszyscy razem, na śmierć zaliżemy w dupę każdą dyktaturę. Oczywiście, jeżeli wcześniej nie zdechniemy z głodu.

Specjalista od kultury młodzieżowej dodał cicho:

– Zaliżemy każdą prócz anonimowej.

Razem z głównym bohaterem wkraczamy w nowe środowisko krok po kroku. Uczymy się razem z nim. To najjaśniejsze momenty inteligentnej gry z czytelnikiem – przejście skróconego kursu ludzkiej historii i kultury współczesnej. Sama przyjemność wzięcia udziału w kursie glamouru i dyskursu warta jest przeczytania całej książki.

– Dokładnie to samo, co nam dzisiaj zademonstrowałeś w czasie swego przemówienia – odparł.-Wasze pokolenie nie zna już klasycznych kodów kulturowych. Nastąpiła epoka cytatów z kultury masowej, to jest przedmiotem cytowania stają się poprzednie zapożyczenia i cytaty, które zostały oderwane od pierwotnego źródła i wyświechtane do absolutnej anonimowości. Jest to najbardziej adekwatna kulturowa projekcja reżymu anonimowej dyktatury – a jednocześnie najbardziej efektywny wkład chaldejskiej kultury w stworzenie Czarnego Szumu.

– Czarny szum? – powtórzyłem. – A to co znowu?

– Czarny Szum – to suma wszystkich odmian dyskursu, Innymi słowy, jest to biały szum, którego wszystkie składniki zostały przemyślane i przepłacone. To spontaniczny i przypadkowy całokształt sygnałów, z których w żadnym nie ma nic przypadkowego i spontanicznego. Tak się nazywa środowisko informacyjne, otaczające współczesnego człowieka,

Nie czuję się urażony porównaniem ludzi do bydła hodowlanego wampirów. Na wskroś i na każdym kroku widać jak zabawna, dowcipna i sensacyjna historia jest – jak to u Pielewina – tylko pretekstem to stawiania pytań i raczej smutnych refleksji. Czy jesteśmy jeszcze podmiotem czegokolwiek dobrego i pozytywnego w tym świecie?

,,Gdzieś tam śpią dzieci – myślałem – marzą o czymś niby dziecinnym, ale tak naprawdę już wytwarzają bablos, jak dorośli… Wszystkie pracują od niemowlęctwa… Przecież ze mną było to samo, pamiętam, jak… Pamiętam, jak dojrzewa ta jasnoczerwona kropla nadziei. Wydaje nam się, że już za chwilę coś zrozumiemy, dokończymy, rozwiążemy, i wtedy zacznie się inne życie, właściwe i prawdziwe. Ale to nigdy nie następuje, bo czerwona kropla wciąż gdzieś znika. I zaczynamy ją gromadzić od początku. A potem ona znów znika, i tak trwa to przez całe życie, póki się nie zmęczymy. I wtedy pozostaje nam tylko położyć się do łóżka, odwrócić do ściany i umrzeć…”

Odrobinę optymizmu daje rozmowa bohatera z profesorem teologii, który najął się na służbę do wampira o tołstojowskim stylu życia. Ale nawet tu cała nadzieja już tylko… w Bogu?

– Mam umysł B – to, co wy nazywacie wymieniem pieniężnym – to przestrzeń pojęć abstrakcyjnych. Nie ma ich nigdzie w otaczającym świecie. I Boga też nigdzie na świecie nie ma. Umysł B został stworzony po to, by Bóg miał gdzie się ukazywać człowiekowi. Nasza planeta wcale nie jest więzieniem. To bardzo wielki dom. Magiczny dom. Może gdzieś na dole istotnie jest w nim więzienie, ale w rzeczywistości to pałac Boga. Boga wielokrotnie chciano zabić, rozpowszechniano o Nim różne oszczerstwa (…) Ale to nieprawda. Po prostu nikt nie wie, w których komnatach pałacu Bóg mieszka – stale bowiem je zmienia. Wiadomo tylko, że tam, gdzie wchodzi jest czysto, posprzątane i pali się światło. A są komnaty, w których nie bywa nigdy. I takich jest coraz więcej. Najpierw przeciągi nawiewają tam glamour i dyskurs. A kiedy te wymieszają się i skisną, do zapachu zlatują się nietoperze.

– Nie zrozumiał mnie pan – wycofał się z przestrachem Mołdawianin. – Wcale nie zwalam wszystkiego na wampiry. Każda komnata odpowiada sama za siebie. Może zaprosić do siebie Boga. A może i was. Oczywiście, każda komnata z natury chce pierwiastka boskiego. Ale pod wpływem glamouru i dyskursu większość komnat uznała, że cała rzecz polega na wystroju wnętrza, A jeśli komnata w to wierzy, znaczy, że już się w niej osiedliły nietoperze. Do takiej komnaty Bóg raczej nie wejdzie. Ale nie obwiniam wampirów. Wy przecież nie jesteście pałacowymi komnatami. Wy jesteście nietoperzami. Taką macie robotę.

– I co się, według pana, stanie z pałacem?

– Bóg ma ich wiele. Kiedy we wszystkich komnatach jednego pałacu zagnieżdżają się nietoperze,

Bóg go unicestwia. A właściwie przestaje stwarzać, ale to jedno i to samo. Podobno wygląda to jak światło o niesamowitej sile, które spala cały świat. W rzeczywistości jednak po prostu znika iluzja materii, i natura Boga, przesycająca wszystko wokół, pojawia się sama przed sobą jako taka. Mówi się, że to samo dzieje się na koniec każdego poszczególnego życia. Nasz pałac przeżywa teraz nie najlepsze dni. Nietoperze żyją prawie we wszystkich komnatach. Wszędzie cmoka destylator agregatu M5.

– Jest pan dobrze poinformowany – skomentowałem.

– Problem polega na tym, co zrobimy, kiedy Bóg ostatecznie będzie miał dosyć i zamknie projekt?

Hełm grozy

Hełm grozy

Nie spotkałem jeszcze nigdzie tak pełnego i aktualnego spojrzenia na współczesność, na ludzi, na społeczeństwo – jak u Pielewina (zawsze jest ryzyko, że za mało takiej literatury znam). Rękami i nogami Pielewin tkwi w DZISIAJ, ale przede wszystkim tkwi tu głową. Choć słowem buja w przeszłości, przyszłości i nie wiadomo gdzie – to tak naprawdę nigdzie się nie rusza. Tylko bardzo szeroko otwiera oczy i pisze przypowieści. Jest jak w Ewangelii. Historie wartkie, obrazowe – ale nie każdy (a może tylko wybrani) są w stanie odczytać przesłanie, jakie za nimi stoi.

Pielewin urasta na mój literacki numer jeden – absolutny numer jeden. Lekarstwo na to, że wszystko dookoła przegania mnie, wyprzedza i nie ogląda się, czy nadążam. Kogo mogę namawiam, zachęcam, pożyczam egzemplarze, opowiadam. To głębokie pokłady refleksji podane w dowcipny i inteligentny sposób. Ale i sensacja mknąca przez stronice jak ekspres. Ile kto może, tyle zyska i wyczyta.

Tym razem cała książka jest internetowym czatem pozornie w klimacie CUBE Vinzenza Natali. Zachęceni wstępem szukamy klucza do współczesnej interpretacji mitu o Ariadnie, Tezeuszu i Minotaurze. I kiedy wszystko zaczyna nam się składać w sensowną całość to i tak autor na końcu robi woltę, która wywraca wszystko do góry nogami. I znowu nie wiemy gdzie jesteśmy. I znowu możemy zaczynać wszystko od początku.

Piękni i bestia

Piękni i bestia

„T” to w najbardziej ogólnym sensie rozprawa nie tyle z pisarstwem, ale współczesnym przemysłem literackim. Ale koniecznie trzeba dodać, że książek Pielewina nie można streścić. Zawsze będzie to tylko prześlizgnięcie się po jednym, wybranym wątku całej, bogatej treści. To nie są historie z podwójnym dnem. To wielopoziomowe platformy nieograniczone ani czasem, ani przestrzenią gdzie mieszają się ze sobą mitologie, religie, legendy, historia i teraźniejszość. I w tym tyglu powstaje nowa jakość. Zaskakującą i wyjątkową.

Pielewin to bestia. Literacki potwór, który nie ma litości nad światem i społeczeństwem, w którym żyje. I nie chodzi tu wyłącznie o rzeczywistość człowieka postradzieckiego. Nie ma też litości nad… czytelnikiem. Nie przymila się, nie kokietuje. Bawi się z nim w grę, do której sam wymyślił zasady. Ale jeśli już się śmiejemy to tak jak w „Rewizorze” – z siebie samych się śmiejemy.

Patrząc na jedno i to samo zdjęcie autora, które ukazuje się na okładce każdej jego nowej książki widzę człowieka inteligentnego i… samotnego. Kogoś kto pisze jakby tylko dla siebie, bo po zachowaniu krytyków swojej twórczości ma odrobinę złośliwej satysfakcji, że ci odbiorcy okazali się zbyt mało inteligentni na ogarnięcie tego co przeczytali.

Z jednej strony historia „T” jest stworzona specjalnie dla nich. Straszna to zemsta. Z drugiej jest adresowana do CZYTELNIKA. Bo podczas lektury (każdej) naszą władzę można porównać do mocy Stwórcy. Nieprawdopodobny prezent dla czytających. Można go zmarnować. Ale bycie wszechmocnym da się też pogodzić z pięknem.

Jest w tej książce także coś nowego. Coś czego nie spotkałem u Pielewina wcześniej. W jego dłuższych powieściach (np. MAŁY PALEC BUDDY, EMPIRE V) zawsze trafiałem na smutny fragment z głęboką tęsknotą za światem dobrym i czystym. „T” to pierwsza historia gdzie optymizm narasta nieustannie do samego końca powieści.

Czy mówiłem już, że lektura jego książek zawsze przynosi mi radość i emocje, które widać w wypiekach na twarzy?