Infernum TV

Infernum TV

I pomyśleć, że siedzą bezwolnie przed telewizorami, rozkoszując się naszym piekłem i jak nic udając, że są nim oburzeni. To oczywiste, że nie znajdzie się nikt, kto by nam pospieszył z konkretną pomocą, nie żądam aż tyle; ale dam sobie rękę uciąć, że nie znajdzie się nikt, kto wyłączy telewizor, albo zmieni program.

Szczęśliwie kilka lat temu udało mi się pozbyć wreszcie z domu gadającego pudła. Zyskałem czas na książki, przyjaciół, wspólne z nimi aktywności. Dziwnym trafem ogromna większość z nich również nie posiada odbiorników TV.

Z perspektywy czasu widzę, że najbardziej dokuczała mi jednokanałowość tych urządzeń. Tylko nadają. A ja mogę tylko przyjmować. Zapamiętać nie zdołam. Nie mam też „problemu” sprawdzania – jak podczas czytania lub rozmowy – czy zrozumiałem co do mnie mówią.

Nie wiem czym telewizja zasłużyła sobie w oczach pani AN na tak głęboką pogardę. Może wystarczyło rozumne spojrzenie na treść audycji, a może przymusowy podatek dla wszystkich na utrzymywanie potwora przy życiu. W każdym razie nasza niechęć jest wspólna.

Ale do rzeczy. Bohaterowie książki to uczestnicy Big Brother’a w wersji hard. Trafili do programu z ulicznej łapanki. Mieszkają w barakach otoczonymi drutami kolczastymi, pilnowani przez uzbrojonych i sadystycznych strażników. Wykonują bezsensowne, wyczerpujące prace, są głodzeni i uśmiercani. A wszystko podglądane „na żywo” w czasie rzeczywistym przy rekordowej oglądalności.

Dom z papieru

Dom z papieru

niech pan spróbuje oświetlić świecami jakiś obraz olejny, a dostrzeże pan, że zyskuje on wówczas całkowicie inny wygląd niż zazwyczaj. To nowy obraz, cienie nabierają życia i można powiedzieć, że nie ma zasadniczej różnicy między światłem, jakie rodzi się z pigmentów i oleju, a pokojem, w którym się znajduje. Przestrzenie wydłużają się i wchodzi pan w inny wymiar. Coś podobnego dzieje się z pewnymi książkami, gdyż stronica też jest wspaniałym rysunkiem. Grą linii i niewielkich figur, które płyną od samogłoski do spółgłoski, powodowane własnym rytmem i kompozycją, i nigdy nie jest bez znaczenia wielkość druku, rodzaj czcionki, rozmiar marginesów, grubość papieru, to, czy

paginacja jest z prawej, czy pośrodku – nieskończoność szczegółów, jakie tworzą piękny przedmiot…

Maleńka książeczka. Jest w niej akcja. Opowiadana jest historia. Ale to co najistotniejsze to zaczarowany, naprawdę zaczarowany świat ludzi, dla których książki są CAŁYM światem. Z pozoru są podobni do każdego z nas. Jednak ich wzorce postępowania, zasady życia, funkcjonowania, hierarchie wartości są bardzo i zupełnie inne od tych, które znamy.

…Bez względu na to, jak nowa jest książka i jak bardzo biały ma papier, światło świec ją patynuje, wydobywając w cudowny sposób wartości i odcienie. A korytarze stają się wprost wspaniałe.

Jakie korytarze? – spytałem zaskoczony.

To stara dyskusja. Nikt nie wie z całą pewnością, czy chodzi o talent autora, czy o zalety wydania . Opinie są podzielone. Ale wielu czytelnikom wystarczy spojrzeć na korytarze, żeby wiedzieć, czy książka jest dobra i czy zasługuje na przeczytanie.

(… ) podszedł do biblioteki, wyjął stare wydanie Eugenii Grandet i włożył mi do ręki. Poprosił, żebym je otworzył i poszukał na dowolnej stronie pionowych czy skośnych korytarzy utworzonych przez odstępy między wyrazami. Rzeczywiście odkryłem długie korytarze, które przedłużały się z linijki na linijkę, przekraczały akapity, czasem znikały i podejmowały drogę ukośnie, od prawej do lewej, od lewej do prawej, albo spadały pionowo w dół.

Pisarz, który nie wyczuwa rytmu frazy nie potrafi tego osiągnąć. Jeżeli kaleczy język umieszczając w jednym zdaniu dwa czy trzy wyrazy dłuższe niż czterosylabowe, z konieczności przerywa korytarz i, oczywiście również zaburza rytm.

(…) Nieudolne wydanie, które operuje zbyt małą lub zbyt dużą czcionką, także zniekształca te figury, którymi oko sekretnie się cieszy.

Wyjątkowość tej pozycji bardzo ściśle łączy się z jej wyglądem. Trzymamy w ręku perełkę. Twarda oprawa. Dodatkowa obwoluta. Zszyte karty z tasiemką jako zakładką. Format tomików poezji. „Ciepły” kremowy papier. Układ graficzny pełen światła i dużych marginesów. Do tego czytelna czcionka w brązach korespondujących z papierem. Gdyby była wydana inaczej – jej treść miałaby znacznie utrudnione dotarcie do czytelnika. A przekaz dotyczyłby nie wiadomo czego.

PS

Ponieważ w historii duże znaczenie ma SMUGA CIENIA Josepha Conrada, nie odmówiłem sobie tej przyjemności i odświeżyłem naszą znajomość 🙂

Pisarz by tego nie wymyślił

Pisarz by tego nie wymyślił

Los to historia jednego człowieka, historia to życie nas wszystkich. Chcę opowiedzieć historię w taki sposób, żeby nie stracić z oczu losu pojedynczego człowieka. Los bowiem sięga dalej niż jakakolwiek idea.

Jak autorka sama napisała – kiedy wszyscy pisali o Czernobylu, ona nie chciała pisać kolejnego horroru z elektrownią w roli głównej. Książka powstała 10 lat później. Składa się z pojedynczych historii, świadectw – pełnych emocji, uczuć, refleksji. To bardziej przejmujący obraz niż jakikolwiek horror radioaktywny. Za to efekt grozy daje milczenie pani Swietłany. Bohaterowie mówią w jej obecności, zwracają się do niej, ale ona sama milczy. Tylko słucha.

Historie są naprawdę różnorodne i – choć trudno to sobie wyobrazić – napięcie rośnie do samego końca i finału, który zwala z nóg.

W pewnym miejscu autorka spotyka się z ludźmi, którzy osiedlają się w skażonej strefie uciekając przed wojną. Ten fragment polecam wszystkim krzykaczom broniącym kraju przed uchodźcami.

Pamiętam tylko, że tam pojechałem, a więcej nic. Wszystko zapomniałem. Na trzeci rok po wyjściu do cywila coś mi się stało z pamięcią… Nawet lekarze nie wiedzą co… Nie mogę przeliczyć pieniędzy – mylę się. Tułam się po szpitalach.

***

Zwierzęta mieszkały w domach, szkołach, w klubach, gdzie wisiały plakaty:”Naszym celem szczęście całej ludzkości”, „Światowy proletariat zwycięży”, „Idee Lenina wiecznie żywe”. A w biurach kołchozowych czerwone sztandary, nowiutkie proporce, sterty dyplomów z wytłoczonymi na okładce profilami przywódców, na biurkach gipsowe popiersia. Wszędzie wojenne pomniki Armii Czerwonej. Innych nie spotkałem. Naprędce sklecone chałupy, szare betonowe obory, zardzewiałe zbiorniki na siano (…)

I to jest nasze życie? – pytałem sam siebie po obejrzeniu wszystkiego innymi oczami – Czy my tak żyjemy?

***

Wróciliśmy do domu. Wszystko z siebie zdjąłem, całe ubranie, które tam na sobie miałem i wyrzuciłem do zsypu. A furażerkę podarowałem małemu synkowi. Bardzo prosił. Potem nie chciał jej zdejmować. Po dwóch latach postawili mu diagnozę. Rak mózgu. Teraz może pani sama dokończyć. Nie chcę o tym mówić.

***

Mechanizm zła będzie zawsze działał i podczas apokalipsy. Zrozumiałem to. Ludzie tak samo będą plotkować, schlebiać przełożonym, ratować telewizor i futro z karakułów. Nawet gdyby nastąpił koniec świata, człowiek pozostanie taki, jaki jest teraz. Zawsze.

Szeroko otwarte oczy

Szeroko otwarte oczy

Pierwszy raz może odrzucić lub zachwycić. Związać na długo, przekonać i zachęcić. Albo przeciwnie. Spowodować, że odsunie się człowieka, pomysł, zajęcie w kąt. I nie będzie do niego wracać.

Nie czytałem jeszcze Stasiuka. Do teraz. Zgrzebna, skrzecząca rzeczywistość zapadłego końca świata u tego autora nabrała cech bogatych w zaskakujące, celne i piękne porównania, opisów błyszczących wyjątkowym zmysłem obserwacji, kolorów wprost z palety wrażliwego impresjonisty. A wreszcie dźwięków pełnych nie tylko półnut, ale kogoś o słuchu wybitnym – który słyszy także ćwierćnuty, a nawet ósemki.

Im dalej w tekst, tym lepiej. Historia toczy się w zakątku zapomnianym przez Boga i ludzi. Autor zapętla ją coraz bardziej i postaci pojawiające się gdzieś w tle, w kolejnych rozdziałach stają się głównymi bohaterami. Wszystko w końcu staje się jedną pełną opowieścią. Piękną w drobiazgach, szczegółach i budzącą podziw i oczarowanie po przeczytaniu ostatnich zdań.

Nie trzeba – jak widać – jechać do egzotycznych krain, żeby barwnym językiem opisać nieznane barwy, wzory i wydarzenia. Wystarczy szeroko otworzyć oczy.

Po co spać

Po co spać

Przerzucenie stosiku książek na szafce nocnej zatrzymało mi w ręce maleńki tomik pani Nothomb.

Opóźniony samolot, przymusowe oczekiwanie na lotnisku i natręt zakłócający bohaterowi lekturę książki. Od pierwszych słów jest jasne, że trafił mu się człowiek psychicznie skrzywiony, nierównoważony i aspołeczny. Podziwiamy wyjątkową cierpliwość i poprawność zachowania bohatera, bo na jego miejscu rozwiązalibyśmy problem po staropolsku – szybkim „w modę” i „z laczka”. Byłoby „po kłopocie”. Oni jednak rozmawiają. I jest coraz bardziej przerażająco. To nie tylko psychol. To gwałciciel. A wreszcie także morderca. Za chwilę okazuje się, że właśnie oni muszą ze sobą rozmawiać.

Niby mogłem odłożyć książkę i skończyć ją następnego dnia. Ale potrzeba snu z każdą kolejną stroną traciła swoją pozycję w hierarchii życiowych potrzeb.

Twierdza

Twierdza

W swoich felietonach z lat 50. Stanisław Lem napomknął o twórczości Kafki jako o ciekawostce, która z klasyczną literaturą nie ma wiele wspólnego. Ot, nowinka taka.

Raczej konsekwentnie próbuję sygnalizować emocje, które powstają we mnie podczas lektury kolejnych tytułów. I nie silę się na recenzje z prawdziwego zdarzenia.

Wolę lekturę, której autor miał jakąś myśl przewodnią do przekazania od tej, która jest obrazem wnętrza autora. Fakt, że im bardziej pogmatwane to wnętrze, tym ciekawsze rzeczy powstają. Zamek nie nastraja optymizmem. Jest ewidentnie brudnoszarym majakiem sennym z logiką lekko koszmarnego snu, z którego każdy raczej próbowałby się obudzić.

Jeśli nawet próbował się przez swoje pisanie wyrwać z tego, co go dusiło – nie udało mu się. Za to dusi teraz także mnie. Może kiedy spotkam bliżej Listy do Mileny, będę mógł powiedzieć o autorze coś ciepłego.

Postrzyżyny

Postrzyżyny

Hrabal jest wirtuozem słowa. Jeśli napiszę, że wszystko zamienia w poezję – to może się okazać, że zniechęcę tych, którzy poezji nie czytają lub nie rozumieją. Żeby wyjaśnić / zrozumieć o co chodzi, wystarczy osobiście przeczytać opis świniobicia zawarty zaraz na pierwszych stronach krótkiej powieści.

W książce główne skrzypce gra trójka oryginałów z małego miasteczka: Maria o wspaniałych, nieprawdopodobnych włosach, która opowiada całą historię – jej mąż oraz zwariowany stryj Pepin. I chociaż w małym miasteczku zwykle niewiele może się zdarzyć, Hrabal opowiada ich losy językiem karkołomnym, pięknym, bogatym i przede wszystkim żywym. I ten język powoduje taki efekt, że jesteśmy równocześnie w powieści przygodowej, humoresce i romansie.

Przepraszam – w literaturze pięknej.