Infernum TV

Infernum TV

I pomyśleć, że siedzą bezwolnie przed telewizorami, rozkoszując się naszym piekłem i jak nic udając, że są nim oburzeni. To oczywiste, że nie znajdzie się nikt, kto by nam pospieszył z konkretną pomocą, nie żądam aż tyle; ale dam sobie rękę uciąć, że nie znajdzie się nikt, kto wyłączy telewizor, albo zmieni program.

Szczęśliwie kilka lat temu udało mi się pozbyć wreszcie z domu gadającego pudła. Zyskałem czas na książki, przyjaciół, wspólne z nimi aktywności. Dziwnym trafem ogromna większość z nich również nie posiada odbiorników TV.

Z perspektywy czasu widzę, że najbardziej dokuczała mi jednokanałowość tych urządzeń. Tylko nadają. A ja mogę tylko przyjmować. Zapamiętać nie zdołam. Nie mam też „problemu” sprawdzania – jak podczas czytania lub rozmowy – czy zrozumiałem co do mnie mówią.

Nie wiem czym telewizja zasłużyła sobie w oczach pani AN na tak głęboką pogardę. Może wystarczyło rozumne spojrzenie na treść audycji, a może przymusowy podatek dla wszystkich na utrzymywanie potwora przy życiu. W każdym razie nasza niechęć jest wspólna.

Ale do rzeczy. Bohaterowie książki to uczestnicy Big Brother’a w wersji hard. Trafili do programu z ulicznej łapanki. Mieszkają w barakach otoczonymi drutami kolczastymi, pilnowani przez uzbrojonych i sadystycznych strażników. Wykonują bezsensowne, wyczerpujące prace, są głodzeni i uśmiercani. A wszystko podglądane „na żywo” w czasie rzeczywistym przy rekordowej oglądalności.

Reklamy

Po co spać

Po co spać

Przerzucenie stosiku książek na szafce nocnej zatrzymało mi w ręce maleńki tomik pani Nothomb.

Opóźniony samolot, przymusowe oczekiwanie na lotnisku i natręt zakłócający bohaterowi lekturę książki. Od pierwszych słów jest jasne, że trafił mu się człowiek psychicznie skrzywiony, nierównoważony i aspołeczny. Podziwiamy wyjątkową cierpliwość i poprawność zachowania bohatera, bo na jego miejscu rozwiązalibyśmy problem po staropolsku – szybkim „w modę” i „z laczka”. Byłoby „po kłopocie”. Oni jednak rozmawiają. I jest coraz bardziej przerażająco. To nie tylko psychol. To gwałciciel. A wreszcie także morderca. Za chwilę okazuje się, że właśnie oni muszą ze sobą rozmawiać.

Niby mogłem odłożyć książkę i skończyć ją następnego dnia. Ale potrzeba snu z każdą kolejną stroną traciła swoją pozycję w hierarchii życiowych potrzeb.

Wypadek przy pracy

Wypadek przy pracy

Świetnie się stało, doskonale wręcz – że na SŁOWNIK trafiłem dopiero teraz, po lekturze dużej liczby książek pani Amelii. Bo najwyraźniej tym razem coś nie wyszło. Niby mamy – jak u Hitchcock’a – trzęsienie ziemi na samym początku, po czym napięcie zaczyna wzrastać i…. doprowadza do końca, który…

No cóż…

Może wydawca nie mógł już czekać dłużej?

Może ktoś dokończył książkę za nią?

Ot – zdecydowanie wypadek przy pracy.

Być jak Bóg

Być jak Bóg

Porównując z innymi, wcześniej przeczytanymi książkami pani Amelii – ta jest inna. Jej bohaterką jest sama autorka. Fakt ten jest o tyle niepokojący, że stał się dla mnie podstawą do mnóstwa gwałtownych skojarzeń, osądów, pomysłów i „analiz” dotyczących jej twórczości. (Przed chwilą sprawdziłem – w recenzjach książek pani Amelii używam ciągle słów: niepokojąco, niepokój itp. Najmocniej przepraszam – tak wyszło).

Wszystko przez to, że prawdopodobieństwo zdarzeń tej historii jest co najmniej wysokie. Z drugiej strony, znając choć trochę jej książki podchodzę z ostrożnością do przyjęcie całej treści za fakty. Właściwie to się waham. Gorzej! Jestem rozdarty w swojej opinii. Raz myślę – kolejna fantazja. Za chwilę – wszystko pasuje, to prawdziwa historia.

Na coś wypada się zdecydować. Może więc tak.

Z POKORĄ I UNIŻENIEM odsłania źródło, z którego AN czerpie swoje historie. Jest absolutnie perfekcyjną obserwatorką ludzkich emocji, wrażeń, zachowań. Widzi ludzi na zupełnie innym poziomie, głębiej. To jakby boska władza nad ludźmi. Na dodatek jest pisarką. Jej opowieści to skróty myślowe między tym co widać na zewnątrz, a tym co dzieje się w człowieczym środku. Dlatego – czasem bez oporu, czasem z większymi lub mniejszymi oporami – poddajemy się płynącej historii. Idziemy za nią. Słuchamy. Wierzymy.

W pewnym miejscu książki autorka wspomina, że będąc małą dziewczynką marzyła, by zostać Bogiem. Jak widać – udało się.

Tak wyszło

Tak wyszło

Do tej pozycji wróciłem. Choć z wizyty u przyjaciół przywiozłem jeszcze pięć innych nieznanych mi książeczek pani Amelii, lekturę zacząłem właśnie od powtórzenia „Tak wyszło”.

Czyżby została moją ulubioną?

Na pewno budzi najmniej oporów (kulturowych, wewnętrznych).

Strach analizować i pisać szczerze – co też takiego we mnie siedzi, że tak mi się podobają te historie.

W każdej dotychczas przeczytanej książki AN z bohaterów wychodzi mnóstwo ukrywanych przez nas na co dzień instynktów. Tylko, że tam przedstawiane jako coś naturalnego – nie dziwią, nie gorszą. Przyjmuje się je w sposób oczywisty, albo co najwyżej z lekkim zdziwieniem. Lub też zbywa milczeniem. Bo jak tu skomentować COŚ TAKIEGO.

W tej urzeka jeszcze jedno – tytuł. Rewelacyjne wytłumaczenie zbiegów okoliczności, które prowadzą bohatera książki do jego (czy aby na pewno tylko jego?) Arkadii.

Po prostu TAK WYSZŁO.

Źródło niepokoju

Źródło niepokoju

Tym razem bohaterką jej historii jest kilkuletnia dziewczynka.

Ale to tylko pozór.

Nie dziecko jest bohaterem.

Akcja nie dzieje się w Chinach.

Nie śledzimy wojny w getcie dla dyplomatów.

I nie o miłości jest ta cała historia.

Mój niepokój wobec osoby pani Amelii Nothomb znowu wzrósł. Dla własnego bezpieczeństwa i zdrowia psychicznego powinienem ją jakoś zaszeregować, opisać, oswoić. Nie byłbym tak zagubiony i niepewny, kiedy sięgnę po kolejną małą książeczkę opatrzoną jej nazwiskiem.

Ale jak dotąd małe mam na to szanse.

Taka literatura

Taka literatura

Nie zmieniły się moje emocje związane z lekturą książeczek sygnowanych znakiem AN. Ale powtarzać jeszcze raz to co pisałem już kilkakrotnie – nie wypada. Dziś za to w rozmowie przy stole nad wspaniałą, włoską pizzą – trochę niespodziewanie dla samego siebie – powiedziałem, że jej krótkie historie są tak samo nieprawdopodobne i pełne zbiegów okoliczności jak opowiadania Schmitta. O ile jednak on jest nieuleczalnie „chory” na wiarę w dobroć człowieczą – jej opowiadania są pryzmatem człowieczego „chcę” i człowieczego „ja”. Pani Amelia tego co dostrzega w ludziach wokół siebie nie zmienia i nie interpretuje. Oddaje jedynie w swoim pisaniu koncentrat ludzkich pragnień, żądz, emocji.

Takie czasy? Tacy ludzie?

Taka literatura.